Poznaj swój stres

21:05 Blog 4 Comments

psychodietetyka | psychodietetyk | dystres | radzenie sobie | coping | stress management | stresująca sytuacja | zdrowie | 80/20

Stres i jego wpływ na organizm to temat rzeka z przynajmniej kilku powodów. Po pierwsze - towarzyszy nam wszystkim. Nie ma osoby, której problem stresu nie dotyczy. Niektórzy radzą sobie z nim lepiej, inni gorzej, ale zawsze gdzieś z tyłu głowy mamy pracę, dom, rachunki, korek w godzinach szczytu lub cieknący kran. Po drugie - jego działanie na organizm potrafi być naprawdę destrukcyjne. Stres może powodować multum symptomów nie tylko psychologicznych, ale i fizjologicznych - wzrost poziomu cukru we krwi, wadliwą pracę układu immunologicznego, zmniejszone libido, zachcianki i zmniejszenie apetytu, apatię i zmęczenie, bezsenność, zaparcia, wzdęcia... to nawet nie połowa listy. Po trzecie - ma charakter globalny, to znaczy, że jeśli chcemy być zdrowi i zmieniamy swoje nawyki żywieniowe, a nie zaadresujemy problemu stresu w swoim życiu, to bardzo możliwe, że wszystkie nasze wysiłki pójdą na marne.

Czym jest stres?
Temat stresu poruszam z pacjentami bardzo często. Pomijając powyższe powody, pracuję jako psychodietetyk i oprócz ustalenia diety oraz suplementacji staram się zaadresować konkretne problemy psychologiczne. Dlatego też nie będę się tu rozwodzić o hormonalnym podłożu stresu i jego wpływie na organizm, tym bardziej, że temat został wystarczająco dobrze opisany na blogu Tłuste życie. Nie będziemy tu taż zajmować się dietą, choć jest ona niezmiernie ważna - substancje drażniące i antyodżywcze oraz toksyny mogą same w sobie być stresorami dla organizmu. Żywienie, oczywiście, nie jest tu bez znaczenia i zmiany w jadłospisie zawsze są pierwszym krokiem w opanowywaniu choroby. Czasem jednak to nie wystarcza. Opowiem wam o psychologicznej stronie stresu i o tym, jak zacząć z nim walkę - a w kolejnych postach postaram się przybliżyć wam różne strategie radzenia sobie z nadmiernym stresem.

Na pytanie "czym jest stres?" nie jest łatwo odpowiedzieć - tak naprawdę wszystko zależy od tego, od jakiej teorii wyjdziemy (a jest ich kilka!). Za "ojca teorii stresu" uważa się jednak lekarza Hansa Seyle'go i jego twierdzenia wydają się być najpopularniejsze. Seyle uważał, że stres to nieswoista reakcja organizmu na wszystkie stawiane mu żądania. Nieswoista, czyli taka sama w różnych sytuacjach - każdy bodziec, zwany stresorem, będzie wywoływał takie same zmiany fizjologiczne w organizmie (np. wydzielanie kortykoidów). Zmiany te mają na celu umożliwienie nam przystosowania się do sytuacji, są więc adaptacyjne. Seyle zwraca uwagę na jedną bardzo ważną rzecz - każda aktywność może powodować stres i nie ważne, czy bodziec jest przyjemny czy nie. To normalna, biologiczna reakcja organizmu. Dokonuje rozróżnienia na dystres, czyli stres o negatywnych konsekwencjach oraz eustres, czyli stres dobry, motywujący nas do działania i powodujący przyjemność.

Stres nie jest czym, czego należy za wszelką cenę unikać. W istocie rzeczy, brak stresu równa się śmierci organizmu. To, co potocznie rozumiemy przez stwierdzenie "zestresowany", to skutek dystresu i stresu nadmiernego. I to jest bolączka naszych czasów. Rozwój cywilizacji spowodował, że rzadziej mamy do czynienia z realnym zagrożeniem życia, w którym alarmowa reakcja stresowa świetnie się sprawdza. Dziś prawie każdy z nas znajduje się pod zbyt dużą presją otaczających nas chronicznych bodźców, od których ciężko uciec: toksyny, hałas, przemęczenie, nieżyczliwość, ambicja, strach, rodzina, polityka... Same w sobie nie byłyby tak zagrażające, ale ich nagromadzenie i brak odpowiednich strategii rozładowywania napięcia powoduje, że pierwotnie adaptacyjne mechanizmy zamieniają się w patologiczne.

Radzenie sobie ze stresem
Nikt nas nie uczy radzenia sobie ze stresem. Wielka szkoda, biorąc pod uwagę to, jak destrukcyjny dla organizmu okazuje się nadmierny, przedłużający się dystres. To, jak negatywne skutki przynosi nieumiejętność znoszenia i rozładowywania napięcia, najlepiej widać u dzieci. Do pewnego momentu życia po prostu brakuje im adekwatnych strategii, nie tylko dlatego, że się ich nie nauczyły, ale dlatego, że są ograniczone przez rozwój układu nerwowego. Niemowlę płacze, gdy jest głodne, a trzylatek raczej kopnie swojego rodzica niż powie "jestem na ciebie zły". Mówimy o dziecku niegrzecznym i nieznośnym, podczas gdy radzi sobie ono z napięciem tak, jak potrafi. To samo dzieje się z dorosłymi. Gdy jesteśmy pod wpływem zbyt wielu stresorów, a nie potrafimy rozładować nadmiernego napięcia, pojawiają się nieadekwatne reakcje. Zaczyna szwankować fizjologia, która rzutuje na zdrowie fizyczne i psychiczne.

(Przydałoby się, żeby już w szkołach podstawowych i gimnazjach pojawiały się zajęcia z relaksacji, zamiast ciągłych egzaminów ;)).

To, że żyjemy w mało sprzyjającym spokojowi środowisku, wie większość z nas. Zdecydowana większość osób, z którymi pracuję w gabinecie, przyznaje, że ma dużo stresu w życiu i nie potrafi sobie z nim radzić. Temat jest ciężki i wymaga sporo mobilizacji, bo nie ma prostej recepty na dystres. Nie ma gorszej rady niż stwierdzenie "proszę się mniej denerwować". Łatwo powiedzieć! Jak "unikać stresujących sytuacji", jeśli wiążą się one z pracą? Zmienić pracę? Można, oczywiście, ale czy to właśnie porada, jakiej oczekujemy? Nie wydaje mi się, by wiele osób w imię walki z nadmiernym stresem było gotowe do góry nogami wywrócić swoje życie. Tego rodzaju dobre rady przeważnie skutkują zwiększeniem frustracji, tym bardziej jeśli budują poczucie, że z czymś powinniśmy sobie radzić, a nam nie wychodzi.

Oczywiście, często zmiana pracy, wyprowadzenie się z miasta czy zerwanie toksycznych relacji jest rozwiązaniem. Osoby, które decydują się na takie zmiany, przeważnie twierdzą, że były to bardzo dobre decyzje. Wiem jednak, że nie każdego na nie stać - i nie ma w tym nic złego. Bardzo ważne, by mieć realne oczekiwania względem siebie i innych. Nie mówisz samotnej matce z trojgiem dzieci i chorą matką, jak cudowne efekty da znalezienie sobie cudownego męża i relaksującego hobby. 

Zasada 80/20
Spotkaliście się z zasadą 80/20? Wywodzi się ona z ekonomii i statystyki, ale może się nam przydać. Mówi się, że 20% klientów odpowiada za 80% skarg, a 20% materiału stanowi 80% egzaminu. Na 80% sukcesu składa się 20% wysiłku. Jak to się ma do stresu?

Najważniejsze to zacząć i podjąć walkę ze stresem, bo już samo to stanowi potężną zmianę i pierwszy sukces. Odniosę się do psychoterapii - najważniejszym czynnikiem leczącym jest samo pójście na terapię, a wszystko inne ma znaczenie drugorzędne. Osoby z kliniczną depresją czują się o wiele lepiej, gdy umówią się na pierwszą wizytę u terapeuty: dostrzegły problem i podjęły próbę poradzenia siebie z nim.

Dlatego nie warto marnować czasu na frustrowanie się "dobrymi radami" innych, które do nas nie przemawiają. Nie ma sensu przekopywanie się przez tony poradników, jeśli nie skorzystamy z żadnego z zawartych w nich pomysłów. Nie uda się nam poradzić ze stresem, jeśli będziemy siedzieć z założonymi rękami na kanapie i w kółko powtarzać, że nie mamy wpływu na wkurzającego szefa.

Pierwszy krok - poznaj swój stres
Najlepiej zacząć walkę od poznania swojego wroga, a uwierzcie mi - wiele osób ma z tym problem. Często w odpowiedzi na pytanie "co cię stresuje?" słyszę "trudno powiedzieć" (lub "wszystko"). Wpływa na nas tyle bodźców, że dystres stał się dla wielu osób codziennością, którą ciężko ubrać w słowa, a jeśli już to robimy - brzmi w naszych ustach głupio. Naprawdę, stresujemy się niewymienioną żarówką w kuchni?

Dlatego pierwszym naszym sprzymierzeńcem w walce ze stresem będzie kartka i długopis. Za każdym razem, gdy poczujesz zdenerwowanie i napięcie, zapisz jak najdokładniej sytuację, której to dotyczy. Idealnym wyjściem byłoby założenie notatnika stresu, ale zwykła kartka czy telefon z odpowiednią aplikacją też się sprawdzą. Pamiętaj, żeby zapisywać swoje stresory na bieżąco i jak najdokładniej. To zadanie jest z pozoru bardzo proste, ale nie daj się nabrać - możliwe, że okaże się całkiem czasochłonne. "Dziennik stresu" sam w sobie daje sporo korzyści, o których poniżej, ale stanie się też naszym sprzymierzeńcem w bardziej zaawansowanych strategiach radzenia sobie.

Jakie korzyści daje dziennik stresu?
Po pierwsze, przelewając na papier sytuacje, które aktualnie cię stresują, pozbywasz się ich z myśli - czasem dosłownie. Myślenie opiera się na mechanizmach pamięci, a bieżące sytuacje to domena tzw. pamięci roboczej. Jej główną cechą jest ograniczona pojemność, więc jeśli dociera do nas dużo bodźców, może zostać przeciążona. Notatka o stresującej sytuacji to sygnał dla naszego mózgu: tak, wiemy, jesteśmy zdenerwowani, ale naprawdę - nie mamy teraz czasu, możemy zająć się tym później? Często samo zapisanie czegoś na kartce działa jak "instant katharsis" - pozwala nam oczyścić umysł z nadmiaru bodźców, odciąża pamięć roboczą i pozwala skierować energię oraz zasoby poznawcze na inne sytuacje.

Po drugie, pozwala nam odzyskać kontrolę. Jak wcześniej wspomniałam, nadmiar stresu często powoduje, że czujemy się tak, jakby całe nasze życie było zbiorem stresujących sytuacji. Tymczasem po dokładnym wypunktowaniu wszystkich stresorów może się okazać, że z równowagi wytrąca nas aktualnie kilka drobnostek, z którymi o wiele łatwiej będzie się uporać. Z nazwanymi problemami o wiele łatwiej sobie radzić (nie bez powodu pierwszym krokiem walki z nałogiem jest przyznanie się do bycia uzależnionym). Dzięki temu odzyskujemy poczucie sprawstwa, czyli wiarę w to, że jesteśmy w stanie poradzić sobie z przeszkodami.

Po trzecie, dzienniczek stresu uczy nas obserwacji i uważności. Ten ostatni temat jest szczególnie ciekawy, choć zasługuje na osoby post. Wypisując różne stresujące sytuacje automatycznie jesteśmy zmuszeni do poświęcania sobie uwagi. Mamy szansę rozpoznać swoje emocje, zatrzymać się nad nimi na moment i ubrać je w słowa. To bardzo podobne do "monitorowania myśli", techniki używanej w terapii poznawczej. Zdziwilibyście się, wiedząc, jak duże problemy przeciętnej osobie sprawia nazwanie swoich uczuć! Poświęcanie czasu na eksplorację swoich myśli rozwija w nas kompetencje do radzenia sobie z nimi... i pozwala na wyciąganie wielu wniosków, do których nie doszlibyśmy w innym wypadku.

Po czwarte, daje nam poczucie bezpieczeństwa. Dzienniczek stresu może być narzędziem, które będzie świetnym nośnikiem negatywnych przeżyć i emocji. Dobrze jest mieć poczucie, że istnieje rzecz, w którą możemy przelać swoje stresy i następnie wypracować skuteczne sposoby rozładowania napięcia. W dzienniczku to my stajemy się władcami - nazywamy problemy, oceniamy je, opracowujemy i w końcu, odzyskujemy kontrolę.

Właśnie, po piąte, umożliwia nam pracę nad stresem. Mamy czarno na białym wypisane, jakie sytuacje przysparzają nam nieprzespanych nocy, możemy więc zacząć tworzyć plan działania. Czasem wystarczy spojrzeć na problem z perspektywy kilku godzin, by zauważyć jego rozwiązanie. Czasem będzie to wymagało zastosowania kilku sztuczek. Jak się zabrać do rozwiązywania i jakie strategie możemy zastosować - tym zajmiemy się w kolejnych postach. Ale zawsze naszą "bazą" będzie dzienniczek stresu.

Po szóste, to działanie. Pamiętajcie o zasadzie 80/20 - pierwsze 20% Waszego wysiłku może odpowiadać za 80% sukcesu. Najciężej jest zacząć, ale z drugiej strony, to w momencie rozpoczęcia poczujecie najbardziej korzystne efekty.

Nadmierny stres działa destrukcyjnie na organizm i jeśli nie zajmiemy się tym problemem, może okazać się, że ani optymalny styl żywienia, ani suplementy, ani - tym bardziej - leki i konwencjonalne leczenie nie przyniosą efektów. Aby osiągnąć zdrowie bardzo ważne jest doprowadzenie organizmu do równowagi. Chroniczny dystres będzie zaburzał gospodarkę hormonalną i wpływał na wszystkie układy organizmu, powodując wadliwe działanie i negatywne efekty na poziomie psychologicznym i fizycznym. Zdrowie zaczyna się od jelit, a te w nadmiernie zestresowanym organizmie nigdy nie będą sprawnie funkcjonowały.

To jak, zamierzacie zająć się problemem stresu? A może już macie swoje sprawdzone sposoby?

4 komentarze:

Jeśli masz jakieś pytania lub masz inne zdanie, napisz komentarz!

Ratunku, wysoki LDL na paleo!

22:02 Blog 4 Comments

cholesterol | miażdżyca | zawał | dieta ketogeniczna | ketony | dieta wysokotłuszczowa | atkins

Dyskusja nt. cholesterolu między stronnikami diet wysoko-tłuszczowych a dietetykami stosującymi tradycyjne podejście budzi wiele emocji, a niektóre argumenty nawiązują do wręcz do teorii spiskowych. Nie da się ukryć, że stosowanie tradycyjnej diety śródziemnomorskiej, produktów pszenicznych i tłuszczów roślinnych zamiast zwierzęcych nie doprowadziło do rewolucji zdrowotnej i, pomimo stosowania zaleceń WHO, zespół metaboliczny, cukrzyca, wysoki poziom cholesterolu oraz nadciśnienie wciąż są dużym problemem w społeczeństwie. Zalecana w większości gabinetów dieta nie rozwiązuje problemu. Jeśli tu trafiliście, pewnie wiecie, że paleo może pochwalić się większymi sukcesami... Problem w tym, że nie zawsze i czasem spotykam się z sytuacją, w której pomimo stosowania zasad diety jaskiniowców, poziom cholesterolu - a w szczególności poziom LDL - wzrasta.

Cholesterol - czym to się je?
O cholesterolu i jego roli znajdziecie sporo informacji na blogu PaleoSmak (autor regularnie robi badania i dzieli się swoimi spostrzeżeniami, polecam przekopać dokładnie stronę) oraz Tłuste życie. Sądzę, że wiele już wiecie, a nie chciałabym niepotrzebnie powtarzać dostępnych powszechnie informacji. Dlatego tutaj jedynie podsumujemy kilka spraw.

Po pierwsze, "cholesterol" to bardzo szerokie pojęcie, a nie tylko kilka cyferek. Znajduje się w komórkach naszego ciała, jest niezbędny do produkcji żółci, syntezy witaminy D, produkcji hormonów (w tym płciowych i kortyzolu)... Demonizowanie go na każdym kroku nie ma uzasadnienia. Podobnie jak stwierdzenie, że cholesterol zalepia nasze tętnice, jest pewnym nadużyciem. Owszem, jeśli naczynia krwionośne zostaną uszkodzone (np. wskutek stanu zapalnego czy procesów glikacji), organizm będzie produkował więcej cholesterolu - ale po to, by leczyć nadwyrężone miejsca. Z kolei blaszki miażdżycowe składają się głównie z zwapnień, które nadbudowują się w miejscu uszkodzenia, nie tłuszczu. Przyczyną miażdżycy będzie zatem chroniczny stan zapalny, a nie wysoki cholesterol. Pamiętajmy też, że podwyższony poziom cholesterolu sam z siebie nie jest chorobą, a - podobnie jak kamienica żółciowa - objawem. Nie zgodzę się jednak ze stwierdzeniem, że im więcej cholesterolu tym lepiej. Owszem, normy laboratoryjne bywają niższe od tych funkcjonalnych, ale jeśli całkowity poziom cholesterolu oscyluje w granicach 10 mmol/l, to zdecydowanie warto dłużej zatrzymać się nad tym wynikiem.

Po drugie, w standardowym badaniu mierzymy poziom cholesterolu całkowitego, HDL, LDL i trójglicerydów. Jest to trochę czarna magia: cholesterol całkowity niewiele nam mówi i jest bardzo ogólnym wskaźnikiem tego, czy organizm znajduje się w równowadze, czy nie. LDL jest uważany za ten "zły", stojący za szeregiem schorzeń metabolicznych i kardiologicznych. Też nie do końca słusznie, bo tak naprawdę za zwiększonym ryzykiem chorób stoi frakcja vLDL. Tak czy inaczej, poziomu LDL nie mierzymy wprost, a jedynie obliczamy na podstawie równania matematycznego. vLDL nie mierzymy w ogóle, a zamiast tego jako wyznacznik szkodliwego cholesterolu traktujemy trójglicerydy. W końcu, mamy HDL, który jestN28º 15' 17" W16º 37' 33") uważany za dobry cholesterol i którego poziom nas nie niepokoi. Suma summarum, diagnostycznie istotny jest stosunek poszczególnych frakcji cholesterolu, a nie same liczba.

Zatem samo stwierdzenie, że "cholesterol jest wysoki", nie mówi nam wiele. Trzeba patrzeć na badanie kompleksowo i dopiero skrupulatne sprawdzenie stosunków pomiędzy poszczególnymi wynikami da nam wgląd w stan zdrowia i ryzyko wystąpienia chorób kardiologicznych. Upraszczając jednak dążymy do tego, by:
- cholesterol całkowity nie był za niski, ale też nie za wysoki;
- LDL i trójglicerydy były niskie;
- a HDL wysoki.

Jeśli chodzi o dietę, to tutaj rzeczywiście mamy do czynienia z jakimś spiskiem ;) Albo raczej bardzo uproszczonym rozumowaniem, które dziwnym trafem przez lata nie zostało sprostowane. Istnieją solidne podstawy, by twierdzić, że to nie duża podaż cholesterolu, a jadłospis wysoko-węglowodanowy stoi za zbyt wysokim poziomem trójglicerydów i LDL (odsyłam tu), przy czym zaadresować trzeba również ilość alkoholu, nabiału i złych tłuszczów. Dlatego właśnie dieta paleo, odrzucająca przetworzone węglowodany, często umożliwia unormowanie wyników - po odstawieniu substancji drażniących zmniejsza się stan zapalny i produkcja cholesterolu wraca na normalne tory.

Jem paleo i nic!
No właśnie, żeby wszystko było zawsze takie proste. Co, jeśli stosujemy dietę bezzbożową i bez nabiału, a nasz LDL wciąż jest nienaturalnie wysoki lub wzrasta? Czy - biorąc pod uwagę wątpliwości dotyczące pomiaru cholesterolu - w ogóle powinniśmy się przejmować?

Moim zdaniem, tak. Oczywiście, sposób oznaczania LDL budzi zastrzeżenia, ale jego wysoki poziom nie powinien być z tego powodu ignorowany. LDL - a przynajmniej jego część - zajmuje się transportem cholesterolu do komórek naszego ciała wtedy, gdy pojawiają się uszkodzenia. Jest więc wyznacznikiem stanu zapalnego. Co więcej, może oddziaływać również na tkanki i w taki sposób stymulować wydzielanie pro-zapalnych cytokin oraz proliferacje komórek (choć nie wprost - ten mechanizm jest dość skomplikowany). Podwyższony i wzrastający poziom LDL stanowi ważną informację diagnostyczną, choć nigdy nie powinniśmy interpretować go bez odniesienia do wszystkich wyników. Jest lepszym wskaźnikiem potencjalnych kłopotów ze zdrowiem od cholesterolu całkowitego, dlatego to jemu przypatruję się dokładniej i niepokoi mnie nawet wtedy, gdy stosunek HDL do trójglicerydów jest zadowalający. Wysoki poziom LDL może oznaczać, że pomimo zmiany nawyków żywieniowych naczynia krwionośne wciąż ulegają uszkodzeniom. Sama zmiana diety na paleo nie zawsze będzie rozwiązaniem problemu.

Co należy wziąć pod uwagę, jeśli LDL utrzymuje się na wysokim poziomie?
Pierwsza rzecz, jaką warto poddać rewizji, to... dieta. Oprócz wyeliminowania części produktów (zbóż, nabiału, żywności przetworzonej) ważne jest to, czy potrafimy odnaleźć się w świecie paleo i nie dać się zwariować. Często nie do końca świadomie popełniamy błędy, które mogą doprowadzić do wzrostu stanu zapalnego lub niedoborów.

Pierwszą rzeczą, jakiej warto się przyglądnąć, są stosowane tłuszcze. Nasycone kwasy tłuszczowe są zdrowe, ale bazowanie wyłącznie na boczku i oleju kokosowym nie przyniesie pozytywnych efektów. Nie powinny to być jedyne źródła kwasów tłuszczowych w diecie. Do jadłospisu warto dodać jednonienasycone oleje - na przykład oliwę z oliwek czy awokado. Spotkałam się też z przekonaniem, że skoro kwasy wielonienasycone są mało stabilne w otoczeniu i generalnie, bywają problematyczne, to najlepiej ich źródła wykluczyć z diety. Absolutnie nie. Garść odpowiednio przygotowanych do spożycia orzechów i surowe kakao w umiarkowanych ilościach na pewno nam nie zaszkodzą, o ile wyeliminujemy z menu żywność przetworzoną. W dodatku, naszemu organizmowi na pewno nie będzie służył nadmiar tłuszczów utlenionych. Osoby przechodzące na paleo często reagują entuzjazmem na fakt, że do łask wraca jajecznica z przysmażonym boczkiem. Moim zdaniem, nie powinna ona jednak gościć w menu codziennie. Poziom LDL jest wyższy u osób, które potrawy smażone jedzą częściej niż gotowane/duszone/surowe. Podobnie wygląda sytuacja z przetworami mięsnymi, czyli wędlinami i kiełbasami. Zdrowa dieta powinna bazować na produktach jak najmniej przetworzonych. Samodzielnie uduszony kawałek wieprzowiny zawsze jest lepszym wyborem od kiełbasy, a krwista wątróbka zachowa więcej witamin i mikroelementów od mocno wysmażonych podrobów.

Drugą sprawą są węglowodany. Pisałam już, że za mała ilość węglowodanów w diecie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jeśli twoje paleo jest ubogie w węgle, a LDL nie spada, warto dodać je do jadłospisu w większej ilości - 75-100g / dzień to często minimum. Może się okazać, że dieta nisko-węglowodanowa jedynie wzmaga stan zapalny. Brakuje paliwa dla hormonów, co staje się stresorem dla organizmu, wzrost kortyzolu prowadzi do problemów z zmęczeniem nadnerczy, te potęgują zaburzenia hormonalne... koło się zamyka i dieta, która miała nas wyleczyć, jedynie pogarsza zdrowie. Oczywiście, najlepiej czerpać węglowodany z paleo-produktów, ale i bezglutenowe źródła węglowodanów (komosa ryżowa, amarantus, gyka) czasem są niezłą opcją. Musimy też pamiętać, że dieta nisko-węglowodanowa oznacza mniej warzyw i owoców w jadłospisie, a to one stanowią główne źródła witamin, minerałów i antyoksydantów. Jeśli ograniczamy ich ilość, istnieje prawdopodobieństwo wystąpienia niedoborów żywieniowych. Wśród głównych "winowajców" często jest miedź, jod, witaminy z grupy B (szczególnie cholina) i witamina D. Przy tej okazji warto również przyglądnąć się suplementacji. Łyknięcie multiwitaminy nie zawsze rozwiąże problem, a wręcz może go pogłębić. Przykładowo, miedź jest antagonistą cynku, co oznacza, że duże dawki jednego mikroelementu mogą doprowadzić do niedoborów drugiego. Włączenie suplementacji w celu uzupełnienia niedoborów musi być przemyślane i nikomu nie polecam robienie tego z biegu. Czasem łatwiej zaadresować dietę i włączyć do menu polskie superfood (w tym podroby!) oraz minimum 2 jajka dziennie.

W końcu, jeśli pomimo dobrze zbilansowanej diety poziom cholesterolu wzrasta, przyczyną może być stan chorobowy. Podwyższony poziom cholesterolu LDL zdarza się przy zmęczeniu nadnerczy, niedoczynności tarczycy czy w chronicznym stresie. Jeśli nasza dieta pomimo modyfikacji wciąż nam nie służy, warto udać się do dobrego fachowca, zaadresować ewentualne niedobory i znaleźć przyczynę.

Pomimo niedoskonałości metody pomiaru i kontrowersji wokół cholesterolu, nie powinniśmy lekceważyć jego niekontrolowanego wzrostu (szczególnie, jeśli dotyczy on LDL lub trójglicerydów). Cholesterol powyżej 10 mmol/l jest dla mnie niepokojący, podobnie jak słaby stosunek HDL i trójglicerydów czy wysoki poziom LDL. Każdy z tych problemów może być leczony dietą, choć samo wprowadzenie zasad paleo czasem nie wystarcza i może się okazać, że problem leży głębiej, a wzrastający cholesterol LDL jest objawem stanu chorobowego, który należy wpierw wyleczyć.

4 komentarze:

Jeśli masz jakieś pytania lub masz inne zdanie, napisz komentarz!

Intermittent fasting - nie tylko w superlatywach

20:05 Blog 5 Comments

paleo | post | głodówka | jem nie jem | zdrowie | jedzenie | dieta | odchudzanie | if

Intermittent fasting przebojem wdarł się do pół-światku kulturystyczno-żywieniowego w okolicach 2003 roku, przewracając do góry nogami tradycyjne podejście do żywienia i odnosząc sukces tak duży, że niewiele osób przystanęło, by zastanowić się nad potencjalnymi zagrożeniami. W skrócie - jest to schemat jedzenia, ukierunkowany przede wszystkim na utratę tkanki tłuszczowej. Polega na wprowadzeniu okresów postu przerywanych "oknem żywieniowym" w różnych konfiguracjach: jesz 10 godzin/nie jesz 14, jesz 8 godzin/nie jesz 16, nie jesz przez 24 godziny raz w tygodniu... do wyboru, do koloru. 

Sukces intermittent fasting wynika z kilku rzeczy. Po pierwsze, ma wysoką skuteczność, szczególnie w kwestiach odchudzania. Po drugie, idealnie wpisuje się w obecne trendy nowoczesnej dietetyki, czyli odchodzenie od diet wysokowęglowodanowych, jako że:
a) dłuższe okresy nie-jedzenia sprzyjają czerpaniu energii z tłuszczów, nie węglowodanów;
b) tłuszcz wielu syci na dłużej, więc wydaje się naturalnym wyborem przy stosowaniu postów.
W końcu, powstał trochę na fali znudzenia i sprzeciwu przeciwko ograniczeniom tradycyjnej diety. Ktoś w końcu pokazał, że nic się nie stanie, jeśli z braku czasu pominiemy rano śniadanie i wcale nie musimy targać ze sobą do pracy pudełek z posiłkami - wystarczy zacząć okno żywieniowe o 15 i cieszyć się jedzeniem aż do 21.

Mit pięciu posiłków dziennie
Na sam początek powiedzmy sobie, dlaczego intermittent fasting, choć przewraca do góry nogami koncepcje tradycyjnej dietetyki, tak dobrze działa. Nie chciałabym tu wchodzić w szczegóły przemian metabolicznych, ale dobrze, żebyśmy mieli ogólne pojęcie o poszczeniu "od kuchni". Tym bardziej, że w większości gabinetów dietetycznych wciąż poleca się jedzenie co 3 godziny, żeby podtrzymać stabilny poziom cukru we krwi i zapobiegać napadom głodu. Tymczasem okazuje się, że taki rozkład posiłków w ciągu dnia nie daje szansy organizmowi efektywnie czerpać z rezerw, czyli po prostu - spalać tkanki tłuszczowej. 

Zobaczmy, co się dzieje, gdy jemy. Po zjedzeniu zbilansowanego posiłku (takiego, który składał się z białka, tłuszczu i węglowodanów), nasz organizm znajduje się w stanie sytości, który trwa około 4 godziny. Przez 4 godziny insulina wyłapuje z krwiobiegu glukozę, z której korzystają nasze mięśnie i organy. Dopiero po tym czasie uruchamiane są rezerwy zgromadzone przede wszystkim w tkance tłuszczowej (ale też w postaci glikogenu w mięśniach i wątrobie). I to trwa około 12-16 godzin. Gdy minie, w zależności od źródła, 12/16/18 godzin niejedzenia możemy mówić o wczesnym etapie głodzenia się, a żebyśmy byli w naprawdę złym stanie, muszą minąć dni.

Co to oznacza? Po pierwsze, że opuszczenie drugiego śniadania nie doprowadzi ani do śmierci z głodu, ani do gwałtownej utraty mięśni. Po drugie, jeśli chcemy doprowadzić do utraty tkanki tłuszczowej lub zapobiegać jej gromadzeniu się, to jedzenie co 3-4 godziny może pomniejszać nasze starania. Bedziemy ciągle spalać dostarczane na bieżąco paliwo. Dopiero dłuższe przerwy między posiłkami mobilizują organizm do korzystania z zapasów energii zgromadzonych w tłuszczu. 

Innymi słowy, poszczenie odchudza.

Korzyści z postu
Słowo "post" dla współczesnego człowieka brzmi strasznie, choć przecież poszczenie nie jest stanem nienaturalnym - w przeszłości nie mieliśmy ciągłego dostępu do jedzenia i nasz sposób żywienia charakteryzował brak regularności. Co więcej, badania pokazują multum korzyści, które ze sobą niesie głodówka. Pisał o nich np. PaleoSmak, nie będę więc dublowała informacji i pozwolę sobie wymienić je bez dłuższego opisu:
- zapewniają długowieczność;
- zwiększają wrażliwość tkanek na insulinę;
- zwiększają wydzielanie hormonu wzrostu;
- regulują apetyt wpływając na hormon grelinę;
- zapobiegają zachorowaniu na choroby układu krążenia;
- regulują lipidy;
- działają przeciwzapalnie;
- działają anty-nowotworowo;
- polepszają nastrój;
- odchudzają.

Złoty środek?
Post przerywany nie tylko pozwala na pobycie się niechcianej tkanki tłuszczowej, ale ma też multum korzyści zdrowotnych. Wydawać by się mogło, że jest to idealne i łatwe rozwiązanie dla każdego (tym bardziej, że nie jest to dieta per se, a raczej schemat jedzenia - skład posiłków bywa dowolny).

Oczywiście, nie do końca tak jest.

Nie ma diet idealnych, podobnie nie ma idealnych schematów żywienia. Posty i głodówki na pewno pomogą niektórym, ale nie dla każdego będą dobrym wyborem. Co więcej, czasem minusy mogą przewyższać plusy, a to, co nam daje intermittent fasting, można osiągnąć mniej restrykcyjnymi metodami. Do tego dołożyć należy fakt, że intermittent fasting wyrósł na gruncie kulturystyki i potencjalne zagrożenia długo rozpatrywane były raczej w kontekście utraty tkanki mięśniowej, a nie zdrowia. 

Sztuką jest znalezienie idealnej proporcji. W dzisiejszym świecie nie króluje cierpliwość ani umiarkowanie - chcielibyśmy mieć dużo i natychmiast. Czytając o IF i chcąc czerpać korzyści ze stosowania postu niektórzy bezkrytycznie zaczynają stosować 16-godzinne głodówki. Jeśli nasz organizm nie znajduje się w stanie równowagi, długie posty mogą doprowadzić do dalszego zaburzania homeostazy i pogłębienia dolegliwości, a nawet stać się czynnikiem wyzwalającym dla takich, o których wcześniej nie wiedzieliśmy.

Pamiętajmy, że post jest stresorem (co, jeśli się nad tym chwilę zastanowimy, wydaje się oczywiste). Długie, ponad dwunastogodzinne okresy niejedzenia to sygnał, że głodujemy i musimy czerpać energię z rezerw - z tkanki tłuszczowej, ale i z białek w procesie glukoneogenezy. Równocześnie, każdy stres będzie powodował wzrost produkcji kortyzolu, hormonu stresu. To logiczny mechanizm.

Problem w tym, że dziś wiele osób znajduje się w sytuacji stresu chronicznego, czyli poziom kortyzolu już na starcie jest wysoki i przeważnie już działa destrukcyjne na nasze zdrowie w praktycznie każdym aspekcie. Post dodatkowo go zwiększy. Dlatego jeśli nie możesz zapewnić sobie 8 godzin regenerującego snu, ciężko i dużo ćwiczysz, nie potrafisz odpoczywać, masz stresującą pracę (lub jej po prostu nie lubisz), otaczają cię toksyczne relacje - w twoim organizmie gospodarka kortyzolowa najprawdopodobniej już jest rozregulowana. Wówczas stosowanie postu codziennie może okazać się kolejnym chronicznym stresorem, który będzie pogarszał twoje zdrowie, nawet jeśli pozornie będziesz widział korzystne efekty. Podobnie ma się sprawa z chorobami i stanami zapalnymi, dlatego przed przejściem na trwające powyżej 12 godzin głodówki powinniśmy zadbać o doprowadzenie swojego organizmu do optymalnej równowagi.

Jeśli stosowanie długich postów codziennie wpływa na gospodarkę kortyzolową i insulinową, to wpłynie równie na inne systemy hormonalne, w tym hormony płciowe. Restrykcyjny schemat IF może szczególnie negatywnie wpływać na zdrowie kobiet, szczególnie w kontekście płciowości, choć zdania są tu podzielone. Temat na pewno jest ciekawy i budzi dużo emocji, ale żeby przyglądnąć się mu dokładnej, przydałby się osobny artykuł. Niemniej jednak istnieją doniesienia z badań sugerujące, że stosowanie postów przerywanych wpływa niekorzystnie na płciowość kobiet, dlatego jeśli masz nieregularne cykle, częsty PMS, dolega ci PCOS lub masz już na starcie niski poziom tkanki tłuszczowej, intermittent fasting może przynieść więcej szkody niż korzyści. Oczywiście, każdy przypadek wymaga indywidualnego podejścia. Na pewno rozregulowanie cyklu bądź zaprzestanie miesiączkowania jest wyraźnym sygnałem, że dzieje się coś złego i wtedy zresygnowanie ze stosowania częstych postów byłoby pierwszym moim zaleceniem.

Innym problemem na intermittent fasting jest kaloryczność i wartość odżywcza zjadanych posiłków oraz wielkość porcji. Z reguły staram się odchodzić od stawiania nacisku na zawartość kalorii w jedzeniu, jednak krótkie "okna żywieniowe" mogą stać się szczególnie problematyczne dla osób mających tendencje do restrykcji żywieniowych i ograniczania porcji. Po stosowaniu tradycyjnej diety nie zawsze będziemy w stanie zamienić 5 małych posiłków na 2-3 duże. To wymaga zmiany swojego podejścia do jedzenia. Schemat postów przerywanych bazuje na umożliwieniu organizmowi korzystania z rezerw w okresach nie-jedzenia, a nie na ograniczeniu dostarczanej z pożywienia energii. Tymczasem dla niektórych staje się wymówką, by jeść mniej. Nawet gdy nie zdążyliśmy zjeść wystarczająco dużo w oknie żywieniowym, to zaciskamy zęby i czekamy z posiłkiem kilkanaście godzin, ignorując uczucie głodu. Stąd niedaleka droga do zaburzeń odżywiania, niedoborów żywieniowych i pogorszenia stanu zdrowia. Mamy też drugą stronę medalu. Posty przerywane nie powinny stać się usprawiedliwieniem dla kompulsyjnego podejścia do jedzenia, dlatego jeśli czujemy, ze mamy niezdrowe podejście do odżywiania się w ogóle, kombinowanie ze stosowaniem intermittent fasting może okazać się ryzykowne.

Z drugiej strony pojawia się problem z osobami, które mają duże zapotrzebowanie kaloryczne (np. regularnie trenują) i stosują intermittent fasting. Może się okazać, że powinny zjadać porcje tak duże, że układ trawienia nie będzie potrafił sobie z nimi poradzić. Dolegliwości takie jak wzdęcia czy zgaga zawsze są sygnałem, że coś jest nie tak i nie mogą być traktowane jako norma w imię argumentu "wszyscy tak mają". 

Pościć czy nie pościć?
Jeśli weźmiemy za priorytet zdrowie - a taka jest idea tego bloga - to nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wszystko będzie zależało od:
a) stanu zdrowia;
b) wybranego schematu postu;
c) naszego podejścia do niego.

Post przerywany na pewno może wpłynąć destrukcyjnie na organizm podnosząc poziom kortyzolu i przyczyniając się do chronicznego stresu. Tym bardziej, jeśli powoduje dyskomfort i jesteśmy ciągle głodni. Głodówki jednak nie muszą być codziennym wyborem i na pewno z funkcjonalnego punktu widzenia lepsze są posty nieplanowane, czyli po prostu opuszczenie posiłku gdy nie mamy na niego czasu ani ochoty. Innym sposobem jest poszczenie 24 godziny raz w tygodniu. To pozwoli nam czerpać korzyści zdrowotne z postów, a równocześnie nie doprowadzić do rozregulowania gospodarki hormonalnej. Z doświadczenia wiem, że nie polecałabym nikomu, kto nie jest okazem zdrowia stosowania dłuższych niż 14-godzinnych postów codziennie na dłuższą metę. Grunt to nie popadać w skrajności i nie dopuścić do tego, by coś, co ma nam przynieść korzyści zdrowotne, stało się zalążkiem choroby.

5 komentarze:

Jeśli masz jakieś pytania lub masz inne zdanie, napisz komentarz!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Obsługiwane przez usługę Blogger.