Łączenie tłuszczów z węglowodanami
Wiele osób wybiera skrajności - są albo na diecie bogatej w tłuszcz, albo bogatej w węglowodany i wierzy, że właśnie ich droga jest albo receptą na odchudzanie, albo uniemożliwi przytycie. Nawet w dietach bogato-węglowodanowych nieraz spotykam się z zaleceniem jedzenia pierwszego posiłku białkowo-tłuszczowego czy kilku tak skomponowanych dań naprzemiennie: białko z tłuszczem, węgle z białkiem, białko z tłuszczem, węgle z białkiem... nigdy węglowodany z tłuszczem. Sama często tak robię. Z czego to wynika?
Tłuszcz, węglowodany i energia
Na samym początku przypomnijmy sobie kilka ważnych spraw. Zarówno węglowodany, jak i tłuszcze są dla nas źródłem energii. Wykorzystujemy je w różnych sytuacjach na różne sposoby, ale generalnie - mogą nam posłużyć za paliwo, jeśli tylko nasze ciało będzie go potrzebowało. Obydwa składniki możemy również magazynować, choć zapasy węglowodanów nasz organizm ma mocno ograniczone. Magazyn cukrów to glikogen mięśniowy i wątrobowy, a tłuszczów - przede wszystkim tkanka tłuszczowa, ale również np. trójglicerydy wewnątrzmięśniowe. To też ciekawe, bo im więcej ćwiczymy, tym więcej magazynujemy glikogenu, więc osoby aktywne fizycznie nie muszą w większości przypadków martwić się o kalorie.
To, że nasz organizm potrafi tworzyć zapasy, jest niezwykle ważne, bo dzięki temu nie jesteśmy uzależnieni od ciągłego poboru pokarmu. W gruncie rzeczy, całkiem nieźle radzimy sobie w okresach postu i osobiście jestem zdania, że łatwiej byłoby nam wytrzymać głód niż obecną sytuację - czyli stały dostęp do jedzenia. Niemniej jednak to, co się dzieje po posiłku, jest dla naszego tematu sprawą kluczową - bo właśnie ten moment interesuje zwolenników rozdzielania makroskładników.
Wiemy, że po zjedzeniu posiłku przeważnie wzrasta poziom cukru we krwi, co pobudza trzustkę do produkcji insuliny. Tak dzieje się w momencie, w którym zjedliśmy węglowodany, choć, nie tylko - posiłki bogato-białkowe również podnoszą poziom insuliny i tak, jajecznica na słoninie może zrobić to równie skutecznie co ryż. Indeks insulinowy z pewnością zasługuje na osobny artykuł :) Insulina jest hormonem, który bywa oskarżany za zdolność do magazynowania spożytych cukrów w postaci tkanki tłuszczowej. To pierwszy błąd, który może powodować, że chętnie uwierzymy w skuteczność diet rozdzielnych pod kątem redukcji tkanki tłuszczowej.
Gdzie teoria ma swoje słabe punkty? Po pierwsze, jak już powiedzieliśmy, nie potrzebujemy węglowodanów, by mieć wysokie stężenie insuliny we krwi. Po drugie, owo stężenie nie jest wyznacznikiem ilości odłożonego tłuszczu, bo do tego nasz organizm wcale nie potrzebuje insuliny. Proces, o którym mówimy, nazywa się lipogenezą. Zachodzi w naszym ciele wtedy, kiedy bilans kaloryczny jest dodatni przy udziale wielu enzymów, m.in. lipazy lipoproteinowej, syntazie acetylo-CoA czy acylotransferazie fosforanu glicerolu. Insulina nie jest hormonem koniecznym do budowania tkanki tłuszczowej. Oczywiście, wrażliwość tkanek na ten hormon jest bardzo ważna, ponieważ w sytuacji insulinooporność nasz organizm nie potrafi wykorzystywać efektywnie spożytych kalorii. Co to dla nas oznacza? Że kompozycja posiłku w stosunku do ilości kalorii ma drugorzędne znaczenie jeśli chodzi o przybieranie na wadze.
Bilans kaloryczny jest sprawą najważniejszą, bo anabolizm następuje w sytuacji dodatniego bilansu kalorycznego. Zjadając posiłek część kalorii zużywamy na bieżące potrzeby, a resztę odkładamy w postaci zapasów (tłuszczu lub glikogenu) na później. To później to okres pomiędzy posiłkami - po około dwóch do czterech godzin kończy się nam to, co zjedliśmy i uruchamiamy rezerwy. Rezerwy pozwalają nam wytrzymać do kolejnego posiłku i tak w kółko. Suma summarum, jeśli na koniec dnia bilans kaloryczny był dodatni, zostaniemy z kilkoma gramami więcej. Jeśli ujemny - trochę stracimy, i nie wynika to z kompozycji posiłków w ciągu dnia. Wydaje się, że to, dlaczego z tak dużą pokusą obarczamy węglowodany winą za otyłość wynika z faktu, że ich magazyny są mocno ograniczone zdolnością do syntezy glikogenu, dlatego po przekroczeniu pewnej granicy zamieniane są w tłuszcz.
Czy zatem warto jeść węglowodany oddzielnie?
A raczej, czemu w takim przypadku sama polecam moim klientom unikać łączenia węglowodanów z tłuszczami w jednym posiłku? Osobiście widzę ku temu kilka przesłanek.
Po pierwsze, nie oszukujmy się, zdecydowana większość moich klientów chce schudnąć. Żeby schudnąć, musimy wprowadzić odpowiedni deficyt kaloryczny - nie za duży, ale nie za mały. Idealnie, by szybkość chudnięcia wynosiła około 0,5-0,7 kg tygodniowo. Jak pisałam nieraz, deficyt oznacza de facto głodzenie naszego organizmu, zależy mi zatem na tym, by posiłek z jednej strony wywołał uczucie sytości na długo, z drugiej - był tak dobrze zbilansowany, abyśmy nie mieli potrzeby zjedzenia dokładki. I tutaj pojawia się kwestia łączenia - w gruncie rzeczy bardziej od tego, ile zostanie zmagazynowane interesuje mnie to, jak sycący będzie posiłek.
Pisałam już o tym przy okazji rozważań na temat tego, dlaczego tak trudno nam schudnąć. Posiłek oprócz niesienia wartości odżywczej i energetycznej niejednokrotnie sprawia nam po prostu przyjemność. Przyglądnijmy się temu, za czym najbardziej tęsknimy "na diecie": chipsy, ziemniaki z masłem, makaron z sosem śmietanowym, pizza, hamburger, chleb z masłem, pączki, batony... rzeczy o wysokiej zawartości tłuszczów i węglowodanów. Podobnie będzie, gdy zaglądniemy do kategorii "comfort foods", po które sięgamy z pobudek emocjonalnych. Mówiąc najprościej, połączenie tłuszczów z cukrami jest nad wyraz smaczne.
Z jednej strony, nie ma w tym nic złego. Z drugiej, powoduje to dużo zamieszania, bo jeśli produkt jest wyjątkowo smaczny, istnieje większe prawdopodobieństwo, że sięgnę po niego ot tak, bez wyraźnej potrzeby fizjologicznej lub że zjem go za dużo ("smak" wygra z "sytością"). Połączenie tłuszczu z węglowodanami jest naszym wymysłem, bo w naturze nie występuje często. Większość naturalnie występujących produktów tłustych o wysokiej zawartości kalorii (bo tłuszcz ma kalorii ponad dwukrotnie więcej niż węglowodany!) było równocześnie produktami o wysokiej zawartości białka, a to właśnie białko silnie oddziałuje na poczucie sytości. Mówiąc najprościej, jedząc jaja, tłuste mięso czy ser ciężko było się przejeść, bo nasz mózg szybko mówił stop. Sytość utrzymywała się też długo, więc zjadaliśmy o jeden posiłek mniej, a zatem wychodziliśmy "na zero" w całodniowym bilansie. Węglowodany mają mniej kalorii, a zatem trzeba ich zjeść objętościowo dużo by przekroczyć zapotrzebowanie - ile znacie osób, które na posiłek z radością zjadają więcej niż 400 g ugotowanych ziemniaków bez dodatków? A co się stanie, jak dodamy do nich 20 g (łyżkę) masła? Połączenie będzie na tyle smaczne, że większość z nas zje więcej, niż zjadłaby suchych ziemniaków, część z chęcią poprosi o dokładkę. W dodatku zakładając, że zjadamy posiłek, który powinien mieć 700 kcal i chcemy w nim zmieścić sporo tłuszczu i dużo węglowodanów równocześnie, mniej miejsca zostanie na białko - zanim zjemy go na tyle dużo, by nasz mózg powiedział "wystarczy", już przekroczymy granicę.
Podsumowując:
- to, czy w jednym posiłku zjemy węglowodany z tłuszczem nie będzie miało wpływu na ilość zmagazynowanego tłuszczu w ciągu doby,
- ale zjadając węglowodany razem z tłuszczem łatwiej jest nam przekroczyć dozwoloną ilość kalorii,
- a ponieważ to połączenie jest wyjątkowo smaczne, częściej siegamy po takie posiłki dla przyjemności, nie z potrzeb fizjologicznych.
Oczywiście, nie oznacza to, że tłuszczów z węglowodanami nie wolno nigdy łączyć czy że nasza dieta powinna z definicji być niesmaczna. Jeśli jednak zależy Wam na utrzymaniu deficytu kalorycznego, być może dania o bardzo dużej smakowitości i takie, gdzie kaloryczność nie idzie w parze z objętością i poczuciem sytości, ułatwią Wam sprawę? W końcu nie bez powodu w naturze niewiele znajdziemy takich produktów...







