Łączenie tłuszczów z węglowodanami

dietetyk kraków dieta rozdzielna węglowodany tłuszcze insulina odchudzanie

Wiele osób wybiera skrajności - są albo na diecie bogatej w tłuszcz, albo bogatej w węglowodany i wierzy, że właśnie ich droga jest albo receptą na odchudzanie, albo uniemożliwi przytycie. Nawet w dietach bogato-węglowodanowych nieraz spotykam się z zaleceniem jedzenia pierwszego posiłku białkowo-tłuszczowego czy kilku tak skomponowanych dań naprzemiennie: białko z tłuszczem, węgle z białkiem, białko z tłuszczem, węgle z białkiem... nigdy węglowodany z tłuszczem. Sama często tak robię. Z czego to wynika?

Tłuszcz, węglowodany i energia
Na samym początku przypomnijmy sobie kilka ważnych spraw. Zarówno węglowodany, jak i tłuszcze są dla nas źródłem energii. Wykorzystujemy je w różnych sytuacjach na różne sposoby, ale generalnie - mogą nam posłużyć za paliwo, jeśli tylko nasze ciało będzie go potrzebowało. Obydwa składniki możemy również magazynować, choć zapasy węglowodanów nasz organizm ma mocno ograniczone. Magazyn cukrów to glikogen mięśniowy i wątrobowy, a tłuszczów - przede wszystkim tkanka tłuszczowa, ale również np. trójglicerydy wewnątrzmięśniowe. To też ciekawe, bo im więcej ćwiczymy, tym więcej magazynujemy glikogenu, więc osoby aktywne fizycznie nie muszą w większości przypadków martwić się o kalorie.

To, że nasz organizm potrafi tworzyć zapasy, jest niezwykle ważne, bo dzięki temu nie jesteśmy uzależnieni od ciągłego poboru pokarmu. W gruncie rzeczy, całkiem nieźle radzimy sobie w okresach postu i osobiście jestem zdania, że łatwiej byłoby nam wytrzymać głód niż obecną sytuację - czyli stały dostęp do jedzenia. Niemniej jednak to, co się dzieje po posiłku, jest dla naszego tematu sprawą kluczową - bo właśnie ten moment interesuje zwolenników rozdzielania makroskładników. 

Wiemy, że po zjedzeniu posiłku przeważnie wzrasta poziom cukru we krwi, co pobudza trzustkę do produkcji insuliny. Tak dzieje się w momencie, w którym zjedliśmy węglowodany, choć, nie tylko - posiłki bogato-białkowe również podnoszą poziom insuliny i tak, jajecznica na słoninie może zrobić to równie skutecznie co ryż. Indeks insulinowy z pewnością zasługuje na osobny artykuł :) Insulina jest hormonem, który bywa oskarżany za zdolność do magazynowania spożytych cukrów w postaci tkanki tłuszczowej. To pierwszy błąd, który może powodować, że chętnie uwierzymy w skuteczność diet rozdzielnych pod kątem redukcji tkanki tłuszczowej.

Gdzie teoria ma swoje słabe punkty? Po pierwsze, jak już powiedzieliśmy, nie potrzebujemy węglowodanów, by mieć wysokie stężenie insuliny we krwi. Po drugie, owo stężenie nie jest wyznacznikiem ilości odłożonego tłuszczu, bo do tego nasz organizm wcale nie potrzebuje insuliny. Proces, o którym mówimy, nazywa się lipogenezą. Zachodzi w naszym ciele wtedy, kiedy bilans kaloryczny jest dodatni przy udziale wielu enzymów, m.in. lipazy lipoproteinowej, syntazie acetylo-CoA czy acylotransferazie fosforanu glicerolu. Insulina nie jest hormonem koniecznym do budowania tkanki tłuszczowej. Oczywiście, wrażliwość tkanek na ten hormon jest bardzo ważna, ponieważ w sytuacji insulinooporność nasz organizm nie potrafi wykorzystywać efektywnie spożytych kalorii. Co to dla nas oznacza? Że kompozycja posiłku w stosunku do ilości kalorii ma drugorzędne znaczenie jeśli chodzi o przybieranie na wadze.

Bilans kaloryczny jest sprawą najważniejszą, bo anabolizm następuje w sytuacji dodatniego bilansu kalorycznego. Zjadając posiłek część kalorii zużywamy na bieżące potrzeby, a resztę odkładamy w postaci zapasów (tłuszczu lub glikogenu) na później. To później to okres pomiędzy posiłkami - po około dwóch do czterech godzin kończy się nam to, co zjedliśmy i uruchamiamy rezerwy. Rezerwy pozwalają nam wytrzymać do kolejnego posiłku i tak w kółko. Suma summarum, jeśli na koniec dnia bilans kaloryczny był dodatni, zostaniemy z kilkoma gramami więcej. Jeśli ujemny - trochę stracimy, i nie wynika to z kompozycji posiłków w ciągu dnia. Wydaje się, że to, dlaczego z tak dużą pokusą obarczamy węglowodany winą za otyłość wynika z faktu, że ich magazyny są mocno ograniczone zdolnością do syntezy glikogenu, dlatego po przekroczeniu pewnej granicy zamieniane są w tłuszcz.

Czy zatem warto jeść węglowodany oddzielnie?
A raczej, czemu w takim przypadku sama polecam moim klientom unikać łączenia węglowodanów z tłuszczami w jednym posiłku? Osobiście widzę ku temu kilka przesłanek.

Po pierwsze, nie oszukujmy się, zdecydowana większość moich klientów chce schudnąć. Żeby schudnąć, musimy wprowadzić odpowiedni deficyt kaloryczny - nie za duży, ale nie za mały. Idealnie, by szybkość chudnięcia wynosiła około 0,5-0,7 kg tygodniowo. Jak pisałam nieraz, deficyt oznacza de facto głodzenie naszego organizmu, zależy mi zatem na tym, by posiłek z jednej strony wywołał uczucie sytości na długo, z drugiej - był tak dobrze zbilansowany, abyśmy nie mieli potrzeby zjedzenia dokładki. I tutaj pojawia się kwestia łączenia - w gruncie rzeczy bardziej od tego, ile zostanie zmagazynowane interesuje mnie to, jak sycący będzie posiłek.

Pisałam już o tym przy okazji rozważań na temat tego, dlaczego tak trudno nam schudnąć. Posiłek oprócz niesienia wartości odżywczej i energetycznej niejednokrotnie sprawia nam po prostu przyjemność. Przyglądnijmy się temu, za czym najbardziej tęsknimy "na diecie": chipsy, ziemniaki z masłem, makaron z sosem śmietanowym, pizza, hamburger, chleb z masłem, pączki, batony... rzeczy o wysokiej zawartości tłuszczów i węglowodanów. Podobnie będzie, gdy zaglądniemy do kategorii "comfort foods", po które sięgamy z pobudek emocjonalnych. Mówiąc najprościej, połączenie tłuszczów z cukrami jest nad wyraz smaczne.

Z jednej strony, nie ma w tym nic złego. Z drugiej, powoduje to dużo zamieszania, bo jeśli produkt jest wyjątkowo smaczny, istnieje większe prawdopodobieństwo, że sięgnę po niego ot tak, bez wyraźnej potrzeby fizjologicznej lub że zjem go za dużo ("smak" wygra z "sytością"). Połączenie tłuszczu z węglowodanami jest naszym wymysłem, bo w naturze nie występuje często. Większość naturalnie występujących produktów tłustych o wysokiej zawartości kalorii (bo tłuszcz ma kalorii ponad dwukrotnie więcej niż węglowodany!) było równocześnie produktami o wysokiej zawartości białka, a to właśnie białko silnie oddziałuje na poczucie sytości. Mówiąc najprościej, jedząc jaja, tłuste mięso czy ser ciężko było się przejeść, bo nasz mózg szybko mówił stop. Sytość utrzymywała się też długo, więc zjadaliśmy o jeden posiłek mniej, a zatem wychodziliśmy "na zero" w całodniowym bilansie. Węglowodany mają mniej kalorii, a zatem trzeba ich zjeść objętościowo dużo by przekroczyć zapotrzebowanie - ile znacie osób, które na posiłek z radością zjadają więcej niż 400 g ugotowanych ziemniaków bez dodatków? A co się stanie, jak dodamy do nich 20 g (łyżkę) masła? Połączenie będzie na tyle smaczne, że większość z nas zje więcej, niż zjadłaby suchych ziemniaków, część z chęcią poprosi o dokładkę. W dodatku zakładając, że zjadamy posiłek, który powinien mieć 700 kcal i chcemy w nim zmieścić sporo tłuszczu i dużo węglowodanów równocześnie, mniej miejsca zostanie na białko - zanim zjemy go na tyle dużo, by nasz mózg powiedział "wystarczy", już przekroczymy granicę.

Podsumowując:
- to, czy w jednym posiłku zjemy węglowodany z tłuszczem nie będzie miało wpływu na ilość zmagazynowanego tłuszczu w ciągu doby,
- ale zjadając węglowodany razem z tłuszczem łatwiej jest nam przekroczyć dozwoloną ilość kalorii,
- a ponieważ to połączenie jest wyjątkowo smaczne, częściej siegamy po takie posiłki dla przyjemności, nie z potrzeb fizjologicznych.

Oczywiście, nie oznacza to, że tłuszczów z węglowodanami nie wolno nigdy łączyć czy że nasza dieta powinna z definicji być niesmaczna. Jeśli jednak zależy Wam na utrzymaniu deficytu kalorycznego, być może dania o bardzo dużej smakowitości i takie, gdzie kaloryczność nie idzie w parze z objętością i poczuciem sytości, ułatwią Wam sprawę? W końcu nie bez powodu w naturze niewiele znajdziemy takich produktów...

Dieta w boreliozie [autor: Iwona Wojtak]

dietoterapia kraków medycyna funkcjonalna dietetyk dietetyka lyme kleszcz

Ostatnie miesiące obfitowały w doniesienia o coraz częstszych przypadkach zachorowań na boreliozę, zarówno wśród całych grup zawodowych, jak też wśród celebrytów (co z pewnością sprzyja popularyzacji tej choroby w mediach). Co więcej, wydaje się, że dzisiaj każdy zna już przynajmniej jedną osobę chorą na boreliozę. Nigdy wcześniej na temat tej choroby nie rozmawiano w Polsce tak często. Można było nawet odnieść wrażenie, że boreliozę diagnozowano bardzo niechętnie, nie mówiąc już o szansach na propozycje skutecznego leczenia w przypadku przewlekłej choroby (lub tzw. „zespołu poboreliozowego”, z definicji nie poddającego się dalszemu leczeniu).

Czytaj dalej pełną wersję artykułu "Dieta w boreliozie".


Czy jedząc zimne ziemniaki możesz spalać tłuszcz?

dietetyk kraków paleo dieta samuraja medycyna funkcjonalna

Jak wiecie, nie jestem zwolenniczką diet nisko-węglowodanowych - na pewno nie u wszystkich i nie jako jedyne panaceum na postępującą w społeczeństwie otyłość. Uważam, że węglowodany powinniśmy jeść, ale ważna jest ich ilość i jakość (o czym pisałam tu i tu). Nie będziemy dziś rozmawiać o tym, czy istnieją węglowodany dobre i złe, ale przyglądniemy się ciekawemu zjawisku, które - moim zdaniem - może się Wam przydać na co dzień. Czyli skrobi opornej.

Skrobia w naszej diecie
Nie lubię się skupiać na definicjach, więc postaram się przez ten fragment przebrnąć szybko i sprawnie :) Skrobia jest głównym źródłem węglowodanów w naszej diecie - to wielocukier, zlepek cukrów prostych (jak glukoza czy fruktoza). Właśnie ona najczęściej znajduje się na naszym talerzu: skrobia to mąka, chleb, makaron, kasza czy ryż. Wbrew pozorom, niewiele zjadamy cukrów prostych (dostarczamy ich z niektórymi owocami, ale częściej sokami, z miodem... bo cukier, który mamy w cukierniczce, jest już dwucukrem), a bazujemy przede wszystkim na węglowodanach złożonych. Te złożone węglowodany w toku trawienia przez enzymy rozrywane są na mniejsze cząsteczki aż do glukozy i fruktozy, które wchłaniane są do krwi i służą za źródło energii. 

Żeby ze skrobi pozyskać energię, potrzebujemy trawienia. Żeby trawić - potrzebujemy enzymów trawiennych. Jeśli brakuje nam jakiegoś enzymu, dany pokarm "przelatuje" przez nasz układ pokarmowy, nie dostarczając nam nic cennego... a czasem wręcz powodując dolegliwości. Dobrym przykładem jest błonnik, którego człowiek nie trawi, a którego nadmiar może wywoływać zaparcia i bóle brzucha. Innym jest laktoza, cukier mleczny, który u osób z niedoborem enzymu laktaza może doprowadzać np. do biegunek.

Skrobia oporna?
Skrobia oporna to skrobia, która opiera się wyżej wspomnianym procesom trawienia - nie mamy odpowiednich enzymów, by rozłożyć ją na mniejsze części. Znajduje się w zbożach, orzechach, mąkach, płatkach, niektórych owocach... ale co ciekawe, możemy poprzez obróbkę termiczną wpłynąć na jej zawartość w pożywieniu. Produkt ugotowany i ostudzony, a jeszcze lepiej - przygotowany bez użycia wody i ostudzony lub zamrożony - będzie zawierał więcej skrobi opornej niż taki, który zjemy na świeżo. Dlaczego to ma znaczenie?

Po pierwsze - jest węglowodanem nieprzyswajalnym - a jak czegoś nie przyswajamy, to nie czerpiemy z tego kalorii. To przydatna sztuczka dla osób, które chcą zjeść tyle samo, a dostarczyć sobie mniej kalorii. Poza tym, skrobia oporna jest prebiotykiem, czyli w jelitach ulega fermentacji, odżywiając nasze bakterie (to coś innego od działania probiotyku, który te bakterie zawiera - o dobieraniu probiotykoterapii celowanej pisała już Iwona tutaj). Ze skrobi opornej zyskujemy sporo kwasu masłowego, podstawowego substratu energetycznego dla komórek nabłonka jelitowego (właśnie on znajduje się w chętnie stosowanym przez pacjentów Debutirze). Warto też odnotować, że więcej kwasu masłowego równa się większej ilości neurotransmitera GABA, a tu już mamy potencjalny wpływ na jakość snu i nastrój. Wspomaga również prawidłowe ruchy jelit i może być ważnym czynnikiem leczącym przy tzw. zespole nieszczelnego jelita - w badaniach na szczurach udało się wykazać, że skrobia oporna hamowała wchłanianie endotoksyny do krwiobiegu. 

Z drugiej strony, popatrzmy, jakie zyski metaboliczne możemy osiągnąć dzięki jedzeniu zimnych ziemniaków. Już wspomnieliśmy, że spożywając produkty ze skrobią oporną dostarczamy sobie mniej kalorii. Możemy zatem powiedzieć, że skrobia oporna zmniejsza gęstość energetyczną pożywienia (z jednej strony, okej, z drugiej - uwaga, bo może to spowodować niedobory). Zauważono też, że może ona wpływać na kompozycję składu ciała. Ma specyficzny sposób oddziaływania na komórki tłuszczowe, wpływając na syntazę kwasów tłuszczowych i transporter GLUT-4. Nie zagłębiając się w biochemię, spożywanie skrobi opornej może powodować, że komórki mniej chętnie będą gromadzić zapasy, skutkiem czego zmniejszy się ilość zbudowanej tkanki tłuszczowej. Mamy pewne przesłanki, by tak twierdzić, ale u ludzi nie jest to na pewno najlepiej udokumentowany efekt - choć wystarczający, żeby powiedzieć, że skrobia oporna pomaga w odzyskaniu wrażliwości insulinowej i hamuje duży wzrost cukru po posiłkach. Podawana w postaci suplementu diety pomagała nawet obniżyć stężenie cukru na czczo.

W sieci przeczytamy na ten temat o wiele więcej. Dowiemy się, że skrobia oporna zwiększa efekt termiczny pożywienia i powoduje wzrost spoczynkowej przemiany materii, że jej spożycie koreluje z obniżeniem masy ciała i poziomu tkanki tłuszczowej, że pomaga zachować masę mięśniową, a wręcz wspomaga spalanie tłuszczu... to wszytko racja, ale, niestety, w badaniach na szczurach (gdzie w niektórych badaniach efekt utraty tkanki tłuszczowej wynosił 8-45%!). U ludzi wiele z tych efektów miało ograniczony wydźwięk, przede wszystkim dlatego, że wszystkie badania trwały za krótko (klik). A szkoda, bo istnieją solidne podstawy teoretyczne by posądzać skrobię oporną o to, że jest w stanie zwiększyć oksydację tłuszczów, a więc przyspieszyć spalanie tkanki tłuszczowej. Póki co, krótkotrwałe badania naukowe tego nie potwierdzają, ale i nie zaprzeczają... więc kto wie, co dzieje się na długą metę?

Skrobia oporna ma jednak swoje minusy - jaki prebiotyk może być przyczyną dolegliwości jelitowych u osób ze słabą tolerancją błonnika lub SIBO. Oczywiście, wyleczenie choroby, która leży u podłoża złego trawienia, będzie tu priorytetem. Jeśli macie wrażenie, że wasza reakcja na skrobię oporną jest niewłaściwa, warto przetestować kilka jej źródeł i powoli zwiększać jej ilość w diecie.

Gdzie znajdziemy skrobię oporną?
Jak wspomniałam, w produktach, które skrobię zawierają naturalnie. Zboża, płatki, owoce - to źródła skrobi opornej w naszej diecie. Warto przy tym pamiętać, że różne produkty różnie przygotowane będą zawierały inne jej ilości. Na pewno znacie to z przykładu bananów. Te mocno dojrzałe, kropkowane, zawierają niewiele skrobi opornej, a więcej rozłożonych cukrów. Dlatego są słodsze, sycą na krócej, ale również rzadziej powodują wzdęcia. Jeśli zjemy takie, które są jeszcze zielonkawe (albo sięgniemy po plantany), uczucie sytości będzie dłuższe, choć część osób powie, że nie czuje się po nich najlepiej. 

W jaki sposób wkomponować w swoje menu skrobię oporną? Oczywiście, najprostszym sposobem byłoby spożywanie wyizolowanej skrobi, ale osobiście nie jestem zwolenniczką jedzenia jej łyżeczkami (choć może sprawdzić się jej dodatek w shake...). Chodzi o to, by ten produkt przemycać do swojego menu przy okazji codziennych posiłków. Tutaj mamy duże pole do popisu. Po pierwsze, warto przygotowywać część posiłków w podwójnych porcjach. Połowę zupy z soczewicą lub ryżem zjadamy na kolację, druga połowa sprawdzi się na śniadanie czy obiad do pracy. Dzięki temu kolejna porcja dostarczy więcej skrobi opornej (ale pamiętajcie, że długie przechowywanie pożywienia wpływa na jego przyswajalność). Warto też płatki gryczane lub owsiane zalewać wodą, zamiast gotować - jeśli postoją całą noc w płynie, zmiękną na tyle, by były przyjemne w jedzeniu, a równocześnie zachowają więcej skrobi opornej. Wracając do tematu shake, warto przemycać do niego bardziej zielone banany, a raz na jakiś czas zjeść sushi. No i pieczone, zimne ziemniaki - polecam!

Zawartość skrobi opornej na 100 g produktu (więcej produktów znajdziecie tutaj):
  • orzechy nerkowca (12,9 g),
  • ugotowana i ostudzona fasola, soczewica i ciecierzyca (od 10 do nawet 22 g; najwięcej skrobi opornej mamy w białej fasoli),
  • surowe płatki owsiane (między 7 a 14 g, w ugotowanych już poniżej grama...),
  • banany - im bardziej zielone, tym więcej (w zielonych między 5 a 34 9!, w dojrzałych 1-6 g),
  • skrobie z platanów/manioku/ziemniaków (aż do 80 g/100 g, ale mówimy o surowej skrobi, nie mące),
  • mąki (około 10-20 g/100 g, ale wciąż - bez obróbki termicznej),
  • ugotowany i ostudzony biały ryż lub ziemniaki (wbrew temu, co się mówi, zaledwie 4 g - mrożenie ich na 30 dni zwiększa znacząco zawartość skrobi opornej do nawet 12 g),
  • upieczone i ostudzone ziemniaki (19 g !),
  • ziemniaki ugotowane na parze i ostudzone (6 g).

Uprzedzając pytanie - wydaje się, że w produktach ostudzonych i podgrzanych, niestety, zawartość skrobi opornej będzie już mniejsza.

Dieta w niedoczynności tarczycy

dietetyk kraków dieta tarczyca niedoczynność tarczycy hashimoto

O tarczycy już pisałam, ale temat jest tak powszechny i budzący kontrowersje, że postanowiłam poruszyć go ponownie. Po pierwsze, pacjentów z niedoczynnością tarczycy mam sporo (choć pamiętajcie, że tak naprawdę kontrowersje rozpoczynają się już na etapie diagnozy). Po drugie, przekonanie, że choroba ta jest całkowicie dietozależna, jest silne. Dobrze byłoby zatem wyjaśnić, co jest faktem, a co - mitem.

Prawdą jest, że coraz więcej schorzeń ląduje w worku "choroby dietozależne", choć moim zdaniem jest to zbytnie uogólnienie. Myślę, że powinniśmy częściej mówić o chorobach zależnych od stylu życia, bo jedzenie w oderwaniu od innych parametrów - snu, aktywności fizycznej - będzie tylko częścią sukcesu. Niemniej jednak, jedząc odpowiednio rzeczywiście możemy w znacznym stopniu poprawić proces powrotu do zdrowia, a czasem nawet nie dopuścić do rozwoju zaburzenia - a problemy z tarczycą zdarzają się coraz częściej. Lista objawów jest długa (za Medycyną Praktyczną):
- uczucie ciągłego zimna
- zmęczenie / senność
- depresja
- zaburzenia pamięci
- przyrost masy ciała
- rzadsze oddawanie stolca / zaparcia
- spowolnienie czynności serca, nadciśnienie tętnicze
- sucha łuszcząca się blada skóra, suche włosy
- zaburzenia miesiączkowania, niepłodność.

I rzeczywiście, cierpiąc na niedoczynność, warto pochylić się nad tym, co jemy... choć w tej kwestii mamy wiele mitów.

Jod
Po pierwsze - jod, ponieważ odpowiednia jego podaż jest konieczna dla sprawnego funkcjonowania tarczycy. Nasze minimalne zapotrzebowanie na ten pierwiastek wynosi zaledwie 50 µg, choć spożywać powinniśmy około 90 - 110 µg, a w sytuacji niedoborów suplementujemy między 150 a 200 µg. Nie ma solidnych podstaw naukowych dla stosowania wyższych dawek, a wręcz może się zdarzyć, że nadmierne spożycie jodu zahamuje pracę tarczycy. To tak zwany efekt Wolffa-Chaikoffa, czasem wykorzystywany w sytuacji silnej nadczynności tarczycy.

Jod jest jednak dla tarczycy niezbędny i jego niedobór często powoduje niedoczynność pierwotną. Na szczęście, coraz mniej takich sytuacji się zdarza (kiedyś niedobory były powszechne, dziś już udało się opanować sytuację, m.in. dzięki jodowanej soli). W latach pięćdziesiątych to niedobór jodu był najczęstszą przyczyną występowania niedoczynności tarczycy, dziś to miano przypadło chorobie Hashimoto. Niemniej jednak, wciąż zdarza się, że spożywamy go za mało.

Ciekawa jest rola jodu w przebiegu choroby Hashimoto, bo nadmiar jodu powoduje zwiększoną ilość enzymu TPO, przeciwko któremu przeważnie pacjenci produkują przeciwciała. Tutaj należy ostrożnie podchodzić do suplementacji dużych dawek jodu tak, aby zapewnić jego odpowiednią podaż, ale nie przesadzić. Zresztą zabierając się do jakiejkolwiek suplementacji - jeśli możemy zbadać, czy cierpimy na niedobór, powinniśmy to zrobić. W przypadku jodu możemy. Badanie polega na oznaczeniu stężenia jodu w dobowej zbiórce moczu. Ponieważ około 80% pierwiastka jest wydalane z moczem przez nerki, im mniej go w naszej próbce - tym gorzej.

Tak czy inaczej, przy chorobach tarczycy warto zwiększyć podaż ryb w naszym menu. Dorsz i mintaj są znakomitym źródłem jodu (około 110 µg na 100 g), w drugiej kolejności mamy makrelę, tuńczyka i sardynki (około 30 µg). Jedna porcja ryby w ciągu dnia może rozwiązać wszystkie problemy z niedoborem. Przydadzą się też algi, pieczone ziemniaki, suszona żurawina (choć ta jest dosładzana, pamiętajcie!).

Warzywa krzyżowe i goitrogeny
Skoro od jodu zaczęliśmy - odpowiednia podaż to jedno, przyswajalność to drugie. Choć jod z pożywienia wchłania się dość dobrze, mamy w żywności tak zwane goitrogeny. Goitrogeny to substancje chemiczne które hamują wchłanianie jodu bądź działanie TPO i zmniejszają zdolność tarczycy do produkcji T4. Na pewno o nich słyszeliście - znajdziemy je w soi i produktach sojowych, warzywach krzyżowych (brukselka, kapusta, kalafior, brokuł...), kaszy jaglanej i niektórych orzechach. Lista jest naprawdę długa. 

Prawda jest taka, że niedoczynność tarczycy nie oznacza, że nie możemy nigdy spożywać powyższych produktów. W stanie niedoboru jodu, owszem, warto na czas wyrównania poziomu pierwiastka wykluczyć ich spożycie. Cała historia wokół goitrogenów miała o wiele większe znaczenie wtedy, gdy niedobory były powszechne. Jeśli badania nie wykazują problemów, to nie ma potrzeby, by wyrzucać je zupełnie - wystarczy ograniczyć i zawsze gotować. A jeśli z jakiegoś powodu zastępujecie produkty odzwierzęce soją, warto rozważyć zmianę źródła białka.

Jeśli zresztą o białku mowa - w niedoczynności tarczycy warto zadbać o odpowiednią podaż i przyswajalność (a to nie takie łatwe...). Nie wydaje mi się, aby to był dobry moment na testowanie diety wegańskiej czy wegetariańskiej, bo T4 powstaje z aminokwasu tyrozyna. Zbilansowanie roślinnego jadłospisu w niedoczynności tarczycy może być bardzo trudne i w większości wymaga konsultacji z dietetykiem.

Selen, witaminy i minerały
Jest kilka kluczowych dla tarczycy minerałów i witamin. Na pierwszy rzut idzie żelazo - a tutaj z niedoborami już jest gorzej. Wiele osób dziś unika mięsa czerwonego, niewiele spożywa podroby, a dzienne zapotrzebowanie nie jest takie małe. Odpowiedni poziom żelaza umożliwia sprawne działanie TPO, a bez TPO nie ma hormonów tarczycy. Niestety, objawy anemii z niedoboru żelaza obserwuję w gabinecie bardzo często... tym bardziej, że ćwiczenia fizyczne znacznie zwiększają zapotrzebowanie.

Rzecz druga to selen. Selen jest pierwiastkiem, który musi być koniecznie obecny by z T4 powstało bardziej aktywne biologicznie T3. Niedobór selenu jest częsty i również możemy go zbadać - co prawda jedynie z krwi i nie jest to najlepsze badanie, ale zawsze coś, co nam jednoznacznie wskaże braki (choć poziom "w normie" nie oznacza, że mamy wystarczająco dużo selenu). Choć przeważnie uciekam od suplementów diety, akurat po selen lubię z pacjentami sięgać, bo nie tak łatwo go zapewnić w menu. Orzechy brazylijskie są jego cennym źródłem, ale nigdy nie wiemy, ile w orzechu tego selenu jest... ciężko więc wypośrodkować dawkę. Poza nimi, dobrym źródłem są łosoś, gryka i jaja.

To dwa najważniejsze pierwiastki dla tarczycy, ale, oczywiście, nie jedyne. Potrzebujemy odpowiedniego poziomu cynku, miedzi, witamin A, B2, B3, B6, B12 i C - cały komplet jest zaangażowany w powstawanie hormonu T4 i wystarczy jeden niedobór, aby układanka się posypała. Czy to oznacza, że musimy sięgać po suplementy diety? Jeśli nasze menu jest dobrze zbilansowane i różnorodne, zapewne nie. Choć żywność jest coraz bardziej jałowa, jesteśmy w stanie dostarczyć wystarczająco dużo witamin i minerałów z diety, ale niski stopień jej przetworzenia musi być priorytetem.

Gluten, laktoza, kazeina
Nie ma solidnych doniesień naukowych, które wskazywałyby na konieczność eliminacji glutenu czy nabiału z diety przy niedoczynności tarczycy. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że najczęstsza jej przyczyna - choroba Hashimoto - koreluje z częstszym zachorowaniem na celiakię niż w reszcie społeczeństwa, na pewno ważne jest podjęcie diagnostyki w tym kierunku i wypróbowanie diety naturalnie bezglutenowej (tutaj sprawdzisz, jakie badania wykonać). Nie mówimy tutaj o diecie opartej o bezglutenowy chleb z kukurydzy, ale o sięgnięciu po kasze i ryże. W pszenicy nie ma wartości, których nie możemy sobie dostarczyć z innego pożywienia. Podobnie będzie z nabiałem - jeśli mamy nietolerancję bądź alergię, spożywanie ich będzie nasilało niedoczynność. Dobrym pomysłem jest albo wykonanie badań w tym kierunku lub wypróbowanie diety eliminacyjnej (pamiętajcie, by zadbać wówczas o alternatywne źródła wapnia!).

Pamiętajcie jednak - dieta bezglutenowa i bez nabiału nie jest uniwersalnym zaleceniem dla pacjentów z niedoczynnością tarczycy! Nie jest takim nawet w obliczu autoimmunologii. Zalecenia diety eliminacyjnej powinny być zawsze dobrane indywidualnie do pacjenta.

Co jeść przy niedoczynności tarczycy?
Nie ma diety, która wyleczy niedoczynność tarczycy. Taka nasza ludzka natura, że szukamy uniwersalnych rozwiązań, które zawsze będą strzałem w dziesiątkę. Tak nie jest, zalecenia żywieniowe muszą być oparte na dokładnym wywiadzie, badaniach i zindywidualizowane. Priorytetem powinna być dieta niskoprzetworzona - to najważniejszy wyznacznik tego, jak powinniśmy jadać. Oprócz tego warto zadbać, by w naszym menu znalazło się kilka podstawowych produktów: ryby kilka razy w tygodniu, podroby raz w tygodniu, mięso, w tym mięso czerwone, w zależności od ilości aktywności fizycznej. Jako źródła węglowodanów postawiłabym na kaszę gryczaną i ryż częściej niż rzadziej - no i warto przypilnować, ile omegi 6 zjadamy. 

Pamiętajcie też, że nie tylko jakość żywności, ale również ilość się liczy. Tarczyca nie lubi diet ubogich kalorycznie i nisko-węglowodanowych - o wiele bezpieczniej jest stawiać na zbilansowany jadłospis. Zaburzenia hormonalne nie są dobrym momentem na testowanie na sobie skomplikowanych protokołów, a niedoczynność może sama w sobie skutecznie utrudniać odchudzanie przez zmniejszanie wydatkowania energii, dlatego przywrócenie równowagi hormonalnej powinno być priorytetem - to właśnie niedoczynność tarczycy może odpowiadać za całe "załamanie" metabolizmu.

A jeśli chorujecie na Hashimoto, koniecznie sprawdźcie plan żywienia przygotowany przez inż. Sonię Walla: klik.


Jedz
Ogranicz
Niedoczynność tarczycy
Żywność bogata w jod, selen i żelazo (ryby, mięso czerwone, podroby, grykę)
Żywność bogata w antyoksydanty (warzywa i owoce)
Kwasy omega 3 (tłuste ryby)
Witamina A

Menu zbilansowane kalorycznie
Soja i produkty sojowe
Warzywa krzyżowe surowe
Pestycydy, dodatki i konserwanty
Nadczynność tarczycy
Warzywa krzyżowe
Żywność bogata w antyoksydanty (warzywa i owoce)
Kwasy omega 3 (tłuste ryby)

Lekka nadwyżka kaloryczna
Żywność bogata w jod


Diagnostyka celiakii – jakie badania wykonać? [autor: Sonia Walla]

dieta dietetyk kraków medycyna funkcjonalna dietoterapia

To, że celiakia wiąże się z nadwrażliwości na gluten wie większość osób – zarówno tych mniej, jak i bardziej zainteresowanych tematem żywienia. Problem pojawia się w momencie, gdy podejrzewamy u siebie tę jednostkę chorobową, ale nie wiemy, jak ją zdiagnozować. Sama obserwacja samopoczucia często nie wystarcza, a stwierdzenie choroby trzewnej powinno być poprzedzone kompleksową diagnostyką pozwalającą jednoznacznie wykluczyć lub potwierdzić wstępną diagnozę. Pozostaje więc pytanie – co badać?

Celiakia – istota choroby
Celiakia, zwana też chorobą trzewną, jest przewlekłym schorzeniem o podłożu genetycznym, wywołanym nieprawidłową reakcją układu odpornościowego organizmu na zawarte w wielu rodzajach zbóż (głównie pszenicy, życie, orkiszu i owsie) białka z grupy glutelin i prolamin. Te zaś, zależnie od rodzaju zboża, dzielimy na gliadynę (pszenica), sekalinę (żyto), hordeinę (jęczmień), aweninę (owies). Białka te, podczas wyrabiania ciasta z mąki mieszanej z wodą formują lepko-sprężysty kompleks zwany glutenem. Nadwrażliwość na tę strukturę, jak i jej składowe (szczególnie zaś na gliadynę, która ma zdolność tworzenia najsilniejszego kompleksu glutenowego) skutkuje zanikiem mikrokosmków jelita cienkiego. Te maleńkie wypustki błony śluzowej jelita odpowiadają za wchłanianie substancji odżywczych ze światła jelita do krwiobiegu. Zniszczenie mikrokosmków skutkuje więc niedożywieniem organizmu – to zaś pociąga za sobą wielopoziomowe konsekwencje zdrowotne.

Celiakia – jakie objawy można zaobserwować?
W przeciwieństwie do innych form nieprawidłowej reakcji na gluten, objawy celiakii są stosunkowo łatwe to zaobserwowania. Jeśli choroba ujawnia się już w wieku niemowlęcym, objawy są zauważalne u dziecka już po kilku tygodniach po ekspozycji na gluten. Symptomy zwiastujące celiakię to m.in. niski wzrost i masa ciała, opóźnienie rozwoju psychoruchowego, przewlekłe biegunki, stolce tłuszczowe, wymioty, bóle brzucha, kolki, wzdęcia, charakterystyczne powiększenie obwodu brzucha, brak apetytu, osłabienie mięśni, częste infekcje i słaba odporność. W badaniach zauważalne jest niskie stężenie białka całkowitego, niedokrwistość z niedoboru żelaza, niedobory witamin (szczególnie rozpuszczalnych w tłuszczach, np. witaminy D).

Celiakię u dzieci wykrywa się dość szybko. Problem pojawia się u młodzieży i dorosłych, gdzie często celiakia przyjmuje postać atypową. Oprócz wcześniej wymienionych, łatwo zauważalnych objawów, może się bowiem pojawiać szereg tych mniej specyficznych, które nietrudno pomylić z innymi jednostkami chorobowymi. Mogą bowiem występować jako Zespół Jelita Drażliwego (ang. IBS), osteopenia i osteoporoza, bóle mięśniowo-stawowe, zmęczenie, wahania samopoczucia, afty, opryszczki, bóle głowy. Mogą również współistnieć z nietolerancją laktozy lub FODMAPs, Hashimoto, Nieswoistymi Zapaleniami Jelit i cukrzycą typu 1.

Diagnostyka – co badać?
Wymienione wyżej objawy narzucają konieczność szeroko zakrojonej diagnostyki mającej na celu wykluczenie lub potwierdzenie celiakii. Biorąc pod uwagę szczególnie fakt, że obecnie panuje wręcz "moda" na dietę bezglutenową, warto wiedzieć, czy problem dotyczy nas bezpośrednio. Jeśli tak, całkowita eliminacja glutenu (przy czym mamy tu też na myśli wybór produktów stricte bezglutenowych) może przynieść znaczącą poprawę w objawach, z jakimi się borykamy.

Ze względu na autoimmunologiczne podłoże choroby, podstawą jest oznaczenie w surowicy krwi charakterystycznych przeciwciał, które odpowiadają za niszczenie mikrokosmków jelita. Przeciwciała te zwykle oznacza się w klasie IgA, choć coraz więcej doniesień wskazuje na konieczność rozszerzenia diagnostyki o klasę IgG, w przypadku, gdy wynik tzw. całkowitego IgA jest za niski. Zarówno w klasie IgG, jak i IgA, specyficzne dla celiakii są:
- przeciwciała przeciwko deaminowanej gliadynie (anty-DGP) – ten rodzaj przeciwciał powstaje w odpowiedzi na alergizujący składnik (gliadynę, jedną ze składowych glutenu). Pozytywny wynik (podwyższony poziom przeciwciał) występuje u około 80% pacjentów z celiakią i częściowo koreluje ze stanem błony śluzowej jelita cienkiego;
- przeciwciała przeciwko transglutaminazie tkankowej (anty tTG) – tzw. autoprzeciwciała, czyli rodzaj komórek układu odpornościowego skierowanych w stronę własnych tanek, w tym przypadku jelit. Charakteryzuje je wysoka czułość (95-100%) i specyficzność (do 97%) , dlatego postrzega się je jako dobry marker diagnostyczny oraz prognostyczny, gdyż pojawiają się czasem w krwiobiegu na długo przed wystąpieniem zauważalnych objawów celiakii;
- przeciwciała przeciw endomysium mięśni gładkich (EmA) – endomysium jest jedną z warstw tkanki mięśniowej jelit. Przeciwciała te, w odpowiedzi na obecność glutenu powodują niszczenie tego rodzaju mięśni gładkich pociągając za sobą zmiany strukturalne. Wcześniej zamiast EmA badało się przeciwciała ARA, okazuje się jednak, iż te pierwsze mają większą swoistość.

Samo występowanie przeciwciał w krwiobiegu z pewnością jest argumentem do wykluczenia glutenu z diety. Jeśli jednak przed badaniem już przez jakiś czas stosowaliśmy dietę bezglutenową, wyniki tych badań mogą dać fałszywie ujemny wynik. Ze względu na fakt, iż przeciwciała nie zawsze występują w krwiobiegu osób chorych, warto uzupełnić diagnostykę o badaniagenetyczne, gdyż choroba trzewna ujawnia się głównie u osób predysponowanych genetycznie do rozwoju tego schorzenia. Niemal wszyscy chorzy na celiakię (do 95%) mają pozytywny gen HLA-DQ2, mniej osób HLA-DQ8 (jedynie 10% chorych). Negatywny wynik badania genetycznego uznaje się za wystarczający do wykluczenia celiakii (należy jednak pamiętać o innych formach nadwrażliwości na gluten!).

Należy również wspomnieć o najbardziej inwazyjnej metodzie diagnostyki – biopsji jelita cienkiego. Pozwala ona ocenić stopień zniszczenia błony śluzowej jelita w odpowiedzi na czynnik wyzwalający (gluten). Pobrane w trakcie badania wycinki nabłonka są poddawane ocenie histopatologicznej, a stopień zaniku kosmków jelitowych określa trzystopniowa skala Marsha. Wynik zerowy wskazuje na prawidłowy stan błony śluzowej jelita, zaś Marsh 3 oznacza zaawansowany stopień destrukcji kosmków jelitowych.


Choć wiemy, że gluten w celiakii (choć nie tylko) szkodzi, szczegóły dotyczące diagnostyki tego schorzenia nie są już tak powszechnie znane. Przed postawieniem diagnozy, warto wykonać wspomniane badania, by móc wykluczyć możliwość występowania innych jednostek chorobowych i jednoznacznie potwierdzić wstępną diagnozę. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Obsługiwane przez usługę Blogger.