Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banany. Pokaż wszystkie posty

Szejk potreningowy i carb-backloading

paleo | trening | carb backloading | carbbackloading | posiłek potreningowy | dieta samuraja | dietetyka | shake | surowa wątróbka

Przeważnie trenuję rano, w związku z czym często dostaję pytania o to, co jem po siłowni i jak łączę to z ideą jedzenia przez większość dnia tłusto. Jeszcze częściej o to, czy rzeczywiście powinniśmy jeść podroby i jak to zrobić, jeśli za nimi nie przepadamy (sama nie przepadam!). W odpowiedzi na te wszystkie wątpliwości, dziś przypomnimy sobie, o co chodzi w węglowodanach, a pod koniec pokażę Wam mój sposób na pierwszy posiłek potreningowy.

Co się dzieje, gdy jemy węglowodany?
Zakładam, że skoro tu jesteś, masz pewne pojęcie o insulinie i jej wkładzie w gromadzenie tkanki tłuszczowej (jeśli nie, szczegółowo poczytacie o tym u Moniki). Kiedy zjadamy posiłek bogaty w węglowodany, wzrasta nam poziom glukozy we krwi i trzustka produkuje insulinę, której zadaniem jest coś z tym fantem zrobić. Część zostaje zużyta w celach energetycznych, a niewielka ilość zmagazynowana w postaci glikogenu w mięśniach i wątrobie. Prawdą jest jednak, że dziś większość osób prowadzi siedzący tryb życia i nie jest w stanie na bieżąco spalić wszystkich węglowodanów, których dostarcza. W takiej sytuacji insulina odpowiada za odkładanie ich nadmiaru w postaci tkanki tłuszczowej.

Wysoki poziom insuliny we krwi jest dla organizmu sygnałem, że mamy wystarczająco dużo paliwa do działania, zatem uniemożliwia spalanie już istniejącego tłuszczu. Dlatego diety wysokowęglowodanowe, a nie wysokotłuszczowe, będą częściej doprowadzały do otyłości, zaburzeń metabolicznych i cukrzycy typu II. Mówi się, że jesteś tym co jesz, podczas gdy równie istotne jest to, co twój organizm zrobi ze spożytym pokarmem. Dieta zbyt bogata w węglowodany - produkty zbożowe, kasze, ryże, skrobie, słodycze, napoje gazowane - doprowadzi do ciągłego, wysokiego poziomu insuliny we krwi. W końcu, nasze tkanki przyzwyczają się do takiego stanu rzeczy i staną się na nią oporne. Trzustka będzie musiała produkować jej jeszcze więcej, żeby wymusić na komórkach reakcję, notorycznie podwyższony poziom nie pozwoli wykorzystywać tłuszczu w celach energetycznych i bum, zamiast w okresach między posiłkami palić zgromadzone zapasy, potrzebujemy natychmiast coś zjeść by dostarczyć sobie energii.

Oczywiście, glukoza jest organizmowi potrzebna - choć mało kto potrzebuje jej na tyle, żeby jeść chleb na śniadanie i kolację, makaron na obiad i w międzyczasie wrzucić jakieś owoce i batoniki. Dieta umiarkowanie bogata w węglowodany (między 75 a 150g) będzie wystarczała większości osób o umiarkowanej aktywności fizycznej. Pamiętajmy, że mamy też inne nośniki energii, jak choćby ketony, a część glukozy jesteśmy w stanie zsyntetyzować w procesie glukoneogenezy.

Carb-backloading, czyli węglowodany wieczorem
Już nie raz mówiłam, że z punktu widzenia gospodarki cukrowej najlepiej jest jeść białka i tłuszcze rano, a węglowodany przesunąć na wieczór. To tak zwany carb-backolading, system żywienia wymyślony przez Keifera, który bazuje na wrażliwości insulinowej. Według autora, spożywanie węgli na noc ma kilka korzyści: pozwala efektywniej gospodarować energią (większość glukozy zostanie przeznaczona na odbudowanie glikogenu, nie bieżące potrzeby energetyczne, a równocześnie mniej trafi do tkanki tłuszczowej), usprawnia przemiany tryptofanu do serotoniny w mózgu, dzięki czemu usypia wieczorem, no i pozbawia nas problemu z wahaniami poziomu cukru w ciągu dnia. Oczywiście, osoby z cukrzycą lub insulinoopornością powinny uważać, aby nie doprowadzić do nocnej hipoglikemii. Jedzenie tłusto rano umożliwia z kolei przedłużenie spalania tłuszczu i uwrażliwia nasze tkanki na działanie insuliny.

Jednym z głównych założeń carb-backloading jest jednak ćwiczenie po południu i rzeczywiście, to wydaje się najbardziej optymalnym wyjściem. Po całym dniu jedzenia posiłków białkowo-tłuszczowych jesteśmy w stanie do cna wykorzystać rezerwy glikogenu, a równocześnie zaraz po treningu, w oknie anabolicznym, zaczynamy dostarczać organizmowi cukrów - dzięki czemu większość trafi do tkanki mięśniowej. Tak zapewne wyglądałby ideał. Co zrobić, jeśli trenujemy rano?

Carb-backloading a treningi rano
Carb-backolading stosuję z jednego, głównego powodu - jest dla mnie wygodny. Wieczorami przeważnie jestem w domu i mam czas przygotować bataty, zjeść zupę krem z warzyw czy ugotować wcześniej namoczoną, bezglutenową kaszę (zgodnie z założeniami diety samuraja). Taki system pozbawia mnie problemu z przygotowywaniem węglowodanów dzień wcześniej - odzwyczaiłam się od nich i czasem ciężko mi się zorganizować (np. wieczorem przypominam sobie, że muszę zalać kaszę wodą). Dorzucenie do omleta łyżki oleju kokosowego załatwia sprawę szybciej ;) Jestem też wrażliwa na węglowodany i bardzo często zdarzało mi się, że potreningowy posiłek z dużą ich zawartością powodował u mnie spadki energii i szybki głód. W ciągu dnia nie mam czasu na jedzenie co chwila, a tłuszcz utrzymuje mnie sytą na długo. I, co równie ważne, spożywanie węgli na noc powoduje, że rano budzę się z zapasem energii do treningu i mogę zrezygnować ze śniadania. Dla mnie świetna sprawa, rzadko bowiem bywałam głodna przed 7:00 - teraz kawa lub kawa kuloodporna (z olejem kokosowym i masłem) załatwiają sprawę. 

Problem dostarczenia węglowodanów po treningu załatwiam właśnie szejkiem z owocami. Celuję, by zawierał on około 40g węgli - na moją wagę to zdecydowanie wystarczająco. Później na talerzu przeważnie lądują jajka z warzywami, następnie warzywno-mięsny obiad - a wieczorem posiłek bez białka, z niewielką ilością tłuszczów, ale wysoko-węglowodanowy. I wilk syty, i owca cała.

Czy jedzenie owoców po treningu kłóci się z ideą carb-backolading? Nie mnie to oceniać. Po treningu siłowym mamy do czynienia z oknem żywieniowym, w którym powinniśmy dostarczyć organizmowi glukozy - i dla mnie owoce rozwiązują sprawę. Na pewno podnosi to poziom insuliny, ale w końcu o to chodzi. Celem treningów jest budowanie masy mięśniowej, najskuteczniejszy sposób na trwałe chudnięcie, a bez insuliny bardzo ciężko jest tego dokonać. Węglowodany dostarczone w tym momencie zostaną dobrze wykorzystane, a kolejne posiłki pozwolą spokojnie "zbić" insulinę bez napadów głodu. Same plusy.

Szejk z surową wątróbką
Dokładnie tak.

Mój potreningowy szejk składa się z owoców - jest to przeważnie jeden średni, dojrzały banan (będzie miał więcej glukozy i szybciej zostanie wykorzystany przez organizm) i jakiś owoc: kiwi, mango, pomarańcz, mrożone maliny, co mam pod ręką. Robię go na bazie wywaru z kości - gotuję w wolnowarze cały gar, rozlewam do słoików lub jednorazowych kubeczków i mrożę. Wyciągam zawsze wieczorem, dzięki czemu rano jest gotowy do użycia. W szejku ląduje też około 30 gramów surowej wątroby cielęcej lub wołowej. Kupuję całą (waży ładnych kilka kilo) i dzielę na mniejsze kawałki, po czym wkładam je do zamrażalnika. Robię to rano, żeby w ciągu dnia kilkanaście razy wyciągnąć podroby i dokładnie je przemieszać. Dzięki temu nie sklejają się i nie muszę później kombinować - wyciągam jeden lub dwa kawałki razem z wywarem i rano surową dorzucam do blendera. W szejku jest prawie niewyczuwalna. 

To moja podstawa - przeważnie dorzucam jeszcze jedno/dwa surowe żółtka (białka wykorzystuję do późniejszego posiłku), gram kwasu l-askorbinowego i pół łyżeczki cytrynianu magnezu farmaceutycznego. Jeśli akurat mam pod ręką, dolewam soku z aloesu, dosypuję łyżkę surowego kakao lub 10g korzenia maca. Dolewam też wody, żeby szejka wyszło około pół litra. Tyle!


A jak to wygląda u Was? Co jecie po treningu i czy macie sprawdzony sposób na podroby?

Najprostsze paleo ciasto dla leniwych

bez zbóż | bez glutenu | bez laktozy | proste | paleo słodycze | szybkie ciasto | zdrowe
Nie jestem wielką zwolenniczką wypieków paleo - nie mam poczucia, że czegoś w moim stylu żywienia brakuje i pewnie z tego powodu rzadko szukam alternatyw dla tradycyjnych dań. Przypuszczam, że mam też łatwiej, bo nigdy nie przepadałam za słodyczami w ogóle, łatwo mi było więc z nich zrezygnować. Cukrowy detoks przeszłam raz, dwa i nigdy mi chęć na ciasteczka nie wróciła.

Z drugiej strony, moi domownicy prezentują ciut odmienne stanowisko. Odkąd wprowadzam elementy zdrowej diety do żywienia wszystkich w domu, z niecierpliwością czekają na moment, kiedy bananów będzie za dużo i trzeba będzie je do czegoś zużyć. I tak się jakoś utarło, że raz w tygodniu piekę ciasto.

Muszę powiedzieć, że nie jestem kucharzem i choć staram się urozmaicać dietę, zawsze organizuję pracę w kuchni tak, by zajmowała jak najmniej czasu. Dlatego przeważnie sięgam po mój super prosty, bazowy przepis. Wbrew powszechnym przekonaniom, wypieki bez zbóż nie muszą być ani pracochłonne, ani skomplikowane i poniższe ciasto jest świetnym tego przykładem.

proste | ciasto bananowe | słodzone bananami | śliwki | mąka kokosowa | szybkie ciasto | paleo słodycze | paleo wypieki

Paleo ciasto dla leniwych - przepis bazowy

Składniki:
3 dojrzałe banany (im więcej brązowych plamek mają, tym będą słodsze)
6 jajek
1/3 szklanki już rozpuszczonego oleju kokosowego
3 łyżki mąki kokosowej
1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżka octu jabłkowego
1 łyżka siemienia lnianego
Opcjonalnie: 1 łyżka miodu, 1 łyżka kakao lub karobu, inne owoce

Czas:
10 minut wykonanie
45-50 minut pieczenie

Wykonanie:
Piekarnik rozgrzewamy do 165 stopni Celsjusza.
Jeśli nie roztopiliśmy wcześniej oleju kokosowego, robimy to teraz - około dwie kopiate łyżki rozpuszczamy w garnuszku/kąpieli wodnej i studzimy. Olej nie może być gorący, bo zetnie nam jajka i nic się nam nie uda.
Przygotowujemy glutka z siemienia - łyżkę siemienia lnianego zalewamy trzema łyżkami gorącej wody i zostawiamy.
W dużej misce blendujemy banany na mus, dodajemy jajka - u mnie 6 małych - i olej. Jeśli dodajemy miód, kakao lub karob, robimy to na tym etapie - ja dałam łyżkę miodu, przez co ciasto wyszło za słodkie. Mieszamy mikserem lub blendujemy, dodajemy dwie kopiate łyżki mąki kokosowej, łyżeczkę sody i ocet (wlewamy go w to miejsce, w którym sypnęliśmy sodę - powinna się zacząć pienić). Miksujemy raz jeszcze i patrzymy na konsystencję. Ma być gęsta, ale wciąż płynna, z łatwością powinna dać się przelać do formy. Jeśli jest za rzadka, dodajemy łyżkę mąki kokosowej, jeśli za gęsta - nie panikujemy i dodajemy jedno jajko więcej.
Ciasto przekładamy do formy (tutaj forma na tartę 27 cm) i, jeśli mamy ochotę, dekorujemy innymi owocami. Można też pokroić je w kostkę i wmieszać do masy. Wkładamy do piekarnika i pieczamy 45-50 minut (jeśli po włożeniu patyczka w ciasto wychodzi on suchy, to znaczy, że ciasto jest gotowe).
Może stać spokojnie 3-4 dni w temperaturze pokojowej. Choć jak teraz myślę, to chyba czwartego nigdy nie dotrwało...

Uwagi:
Ciasto robiłam w chyba wszystkich możliwych konfiguracjach i zawsze wychodzi. Nie ukrywam, że dziś robię je na oko - co mi wpadnie w ręce, mieszam, wlewam do pierwszej lepszej formy i wsadzam do piekarnika. W tej okrągłej na tartę ciasto ma delikatniejszą konsystencję, zbliżoną do ciasta drożdżowego. W keksówce jest mokre, ciężkie i bliżej mu do brownie. Jeśli mam dwa banany, daję dwa, jeśli cztery - cztery. Jeśli gdzieś się uchowała marchewka, która pilnie wymaga zagospodarowania, to też ląduje w masie (trzeba ją po starciu dokładnie odcisnąć z wody). Czasem daję 5 jajek, a jak są wyjątkowo duże - nawet cztery. Rzadko się zdarza, żebym cierpiała na brak jajek w kuchni, ale jeśli nie masz ich wystarczająco dużo, dodaj po prostu więcej oleju. Tak naprawdę, większość przepisów na paleo-bananowce zaleca dodanie większej ilości oleju niż w tym przepisie. U mnie nikt nie przepada za wyjątkowo tłustymi ciastami i około 1/3 do 1/2 szklanki wystarcza. Olej można zastąpić masłem klarowanym - zawiera ono co prawda cholesterol, który może utleniać się w wyniku temperatury, ale nie bez powodu nagrzewamy piekarnik tylko do 165 stopni ;) W końcu, siemię lniane można zmielić, zamiast zalewać wodą. Wówczas ciasto mocniej wyrośnie. Ładniej też wyrośnie, jeśli oprócz dojrzałych bananów damy też jednego w pełni żółtego - ma wtedy więcej skrobi, która poniekąd zastąpi nam gluten w cieście.

Co tu dobrego?
A raczej, nic złego. Ciasto jest pozbawione zbóż i glutenu. Tłuszcze roślinne, które źle znoszą wysokie temperatury, zastąpiliśmy stabilnym olejem kokosowym - zresztą pieczemy w tak niskiej temperaturze, że nawet masło klarowane nie powinno być szkodliwe. Użyte siemię lniane w formie nasion jest stabilne termiczne. Ciasto nie zawiera laktozy, ale ma nabiał (jajka), więc nie nadaje się na dietę AI (choć można je zmodyfikować). Będzie się nadawało na IV fazę diety SCD. W diecie low-FODMAPS może być problematyczne - należy użyć bardzo dojrzałych bananów i nie dodawać miodu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Obsługiwane przez usługę Blogger.